W  Polsce roczna wartość roślinnych alternatyw dla żywności pochodzenia zwierzęcego w sierpniu 2020 roku wyniosła 441 mln zł, odnotowując roczny wzrost o 25%. Największa część polskiego rynku roślinnych zamienników dotyczy nabiału, gdzie dominującymi produktami były napoje owsiane czy sojowe, których wartość, w badanym okresie, przekroczyła ćwierć miliarda złotych i odpowiadała ona za 57% branży wegańskiej. Blisko jedną czwartą wartości rynku wegańskiego (107 mln zł) stanowiły produkty i półprodukty gotowe, będące zamiennikami mięsnych burgerów czy parówek. Z kolei w przypadku past kanapkowych (np. hummusów) wartość sprzedaży wyniosła 81 mln zł (18% rynku) (badania NielsenIQ, za Agronomist).

Polski zryw wege

Z ogólnoeuropejskiego badania „Czego chcą konsumenci: europejskie badanie postaw konsumenckich wobec żywności pochodzenia roślinnego, ze szczególnym uwzględnieniem fleksitarian”, przeprowadzonego w 2021 roku w ramach projektu Smart Protein przez ProVeg International, we współpracy z Innova Market Insights, Uniwersytetem Kopenhaskim i Uniwersytetem w Gandawie, w przypadku Polski wynika, że niemal co drugi Polak ograniczył spożycie mięsa. Aż 40% z nas zadeklarowało, że w przeciągu 6 miesięcy chce jeść mniej mięsa niż dotychczas. Najczęściej spożywanymi przez Polaków produktami pochodzenia zwierzęcego to mleko (32% dziennie), a następnie sery (24% dziennie) i jogurty (23% dziennie).

To ma proste przełożenie na konsumpcję produktów wege. Z roślinnych alternatyw mleka i nabiału Polacy korzystają najczęściej: mleko roślinne (24% z nas co najmniej raz w tygodniu), ser roślinny (24% z nas co najmniej raz w tygodniu) oraz jogurt roślinny (23% z nas przynajmniej raz w tygodniu).

Poza tym, z tegoż badania wynika również to, że polscy konsumenci chcieliby mieć możliwość kupowania w supermarketach roślinnych alternatyw kotletów do hamburgerów (34%) i piersi z kurczaka (34%). Równie pożądanymi produktami są roślinny wędzony łosoś (29%) i paluszki rybne (27%). Ponadto Polacy uważają, że nie ma wystarczającego wyboru roślinnych opcji podczas jedzenia poza domem oraz żywność ta jest zbyt droga. Brakuje im także informacji na jej temat.

Prezes Grupy Olewnik Anna Olewnik-Mikołajewska nie ma wątpliwości, w którym kierunku rynek będzie zmierzał. W wywiadzie dla agencji Newseria Lifestyle powiedziała: – Trend roślinny jest nieuchronny. Mówi się, że do 2030 roku wartość kategorii roślinnych wyniesie 250 mld dol. Siłą rzeczy spada spożycie mięsa, ale wydaje mi się, że będzie miejsce zarówno dla dobrej jakości mięsa i jego przetworów, jak również dla produktów roślinnych, jeśli mamy na uwadze cały czas zrównoważoną dietę. Dlatego zdecydowała, że jej firma w swojej ofercie ma zarówno produkty mięsne jak i roślinne.

Kierunek dywersyfikacji produktowej przedstawiony przez prezes Olewnik-Mikołajewską nie jest odosobniony na polskim rynku produktów pochodzenia zwierzęcego. Tą samą drogą podąża wiele zakładów mięsnych np. Sokołów, Tarczyński (produkują parówki, kabanosy, pasztety wegańskie itd.). Również polskie zakłady mleczarskie (np. Bakoma, Polmlek, OSM Łowicz) mają w swej ofercie produkty wegańskie (mleko, sery, jogurty na bazie soi lub oleju itd.). Firmy zwyczajnie widzą pogłębiającą się modę, która tworzy coraz większy rynek. Grzech więc nie skorzystać. Ale jak pokazało życie ten trend ma dwa końce.

Rynkowy taran wege

Trend żywności roślinnej, który jest w Polsce, rozwija się także od dawna w innych krajach Unii Europejskiej. Widoczne są jednak różnice w podejściu do skutków biznesowych w przyszłości. Rolnicy oraz przetwórcy w krajach starej Unii (głównie we Francji oraz Niemczech), szczególnie mali i średni producenci, zrozumieli, że produkcja wegańska, wykorzystująca dla swoich produktów nomenklaturę mleczarską lub mięsną uderza bezpośrednio w ich interesy ekonomiczne, a także prawne. Co ciekawe we Francji to właśnie najwięksi producenci produktów rolno-spożywczych (w praktyce także globalne koncerny obecne również w Polsce) postawili na rozwój sektora żywności wegańskiej jako jednej ze swych korporacyjnych odnóg. To one dysponują największymi budżetami na promocję i dużą ich część wykorzystały jako coś w rodzaju rynkowego taranu dla trendu wege, któremu rolniczy i mięsny sektor MŚP nie był w stanie się przeciwstawić. Ale to rzecz jasna nie jedyny powód.

Wyrok TSUE

Kilka lat temu szerokim echem w Unii Europejskiej odbiła się sprawa niemieckiej firmy TofuTown, która wtedy była producentem i dystrybutorem żywności wegetariańskiej i wegańskiej. Pozew przeciwko niej skierowało Verband Sozialer Wettbewerb − niemieckie stowarzyszenie, którego celem jest w szczególności przeciwdziałanie nieuczciwej konkurencji. Przedstawiciele tej organizacji twierdzili, że promocja i dystrybucja wyrobów wyłącznie roślinnego pochodzenia, w szczególności produktów o nazwie „Soyatoo masło z tofu”, „serek roślinny”, „Veggie-Cheese”, „cream” oraz o innych podobnych nazwach produkowanych przez TofuTown narusza przepisy prawa Unii dotyczące oznaczeń mleka i przetworów mlecznych. Sprawa w końcu trafiła przed oblicze Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE). W wyroku z czerwca 2017 roku, Trybunał orzekł, że wyroby wyłącznie roślinnego pochodzenia nie mogą, co do zasady, być wprowadzane do obrotu pod nazwami, które, jak nazwy „mleko”, „śmietana”, „ser”, „masło” lub „jogurt”, są zastrzeżone przez prawo Unii dla produktów pochodzenia zwierzęcego. To orzeczenie TSUE dało innym podstawę do dochodzenia swoich praw, a także ochrony przed naruszeniami.

Swoje straty – i to niemałe – związane z wykorzystywaniem nazewnictwa mleczarskiego lub mięsnego dla produktów roślinnych ponosili także francuscy rolnicy i przetwórcy, a to m.in. za sprawą – jak to zostało napisane wyżej – globalnych koncernów. Perspektywa coraz większego ekonomicznego ubytku oraz wypchnięcia z rynku w ogóle spowodowała, że podjęli oni działania na rzecz zmiany prawa. Francuski parlament, pod wpływem presji zdeterminowanego środowiska rolniczego oraz branży przetwórstwa rolno-spożywczego (głównie małe i średnie oraz duże przedsiębiorstwa), uchwalił w maju 2020 roku ustawę w sprawie przejrzystości informacji o produktach rolno-spożywczych zakazującą nazywania produktów roślinnych nomenklaturą mięsną lub mleczarską.

Doprecyzowaniem zapisów tej ustawy jest dekret w sprawie używania niektórych nazw stosowanych do oznaczania środków spożywczych zawierających białka roślinne, który został wydany pod koniec czerwca bieżącego roku. Wejdzie on w życie od 1 października tego roku. Akt ten ostatecznie wprowadził rozdział między żywnością pochodzenia zwierzęcego a wegańską. W efekcie na producentów roślinnych zamienników nałożony został zakaz posługiwania się nomenklaturą branżową dla swych produktów. W praktyce muszą wymyśleć nowe nazwy dla nich. Dekret zawiera jedną lukę prawną. Zakaz dotyczy produktów wytwarzanych we Francji, a nie importowanych. Rolnicy już zapowiedzieli, że podjęli działania na rzecz całkowitego zamknięcia rynku francuskiego dla żywności wegańskiej w nomenklaturze mięsnej lub mleczarskiej, także dla produktów sprowadzanych z zagranicy.

Polska perspektywa

Rolnicy oraz przetwórcy produktów rolno-spożywczych we Francji, jak widać po ich działaniach, niewątpliwie odrobili swoją lekcję. Jak sami przyznają doszli do prostego wniosku: nie jest możliwa na rynku symbioza żywności wegańskiej oraz pochodzenia zwierzęcego, jeśli środowisko wegan i aktywistów prozwierzęcych będzie stosować agresywną, oszczerczą oraz kłamliwą komunikację rynkową przy jednoczesnym posługiwaniu się nazewnictwem branżowym. Należy podkreślić, że dla francuskich rolników oraz przetwórców nie była i nie jest problemem produkcja i sprzedaż żywności wegańskiej jako produktów żywnościowych. Problemem jest to, że wegańscy aktywiści prozwierzęcy stosują metody mające na celu zdyskredytowanie i oczernienie produkcji zwierzęcej w oczach konsumentów i nastawianie ich przeciwko nim. Aktywiści nie mieli i nie mają żadnych oporów przed nazywaniem hodowli bydła, drobiu, świń oraz innych zwierząt jako niemal zbrodniczej działalności, niszczącej środowisko naturalne, podkreślaniem, że jedzenie mięsa sprzyja chorobom nowotworowym, że mięso jest zatrute lekami (głównie antybiotykami i sterydami) itp. Porównania hodowli np. krów mlecznych z holocaustem czy niemieckimi obozami koncentracyjnymi są po prostu skandaliczne. Wiele ich twierdzeń opiera się na błędnych analizach oraz pseudo opracowaniach naukowych.

Tymczasem w Polsce branża mleczarska i mięsna korzysta, a przynajmniej chce skorzystać na trendzie wegańskim nie zależnie od tego, że środowisko wegan i działaczy prozwierzęcych stosuje te same techniki i metody ich dyskredytacji i manipulacji jak robili to francuscy aktywiści wobec własnej branży rolnej i przetwórczej. Podobnie jak we Francji tak i w Polsce media społecznościowe są idealnymi kanałami do krzewienia rozmaitych nieprawdziwych lub kłamliwych faktów, bo polski konsument – wbrew powszechnej opinii – nie jest ani wymagający, ani skłonny do weryfikacji podawanych jemu faktów u rzetelnego źródła.

Jednym z podnoszonych zarzutów wobec produkcji zwierzęcej jest argument marnotrawienia żywności. To faktycznie w Polsce jest patologiczne zjawisko. Skala jest ogromna, bowiem w naszym kraju rocznie marnuje się prawie 5 milionów (4,8 mln) ton żywności. Najwięcej, bo aż 60 procent całości zużywają bez potrzeby konsumenci (gospodarstwa domowe). Z kolei produkcja i przetwórstwo marnotrawią jedynie 30 procent. Niedawno na temat marnotrawienia mięsa wypowiedział się, w dość swoistej i niewyszukanej formie, prof. Janusz Filipiak, prezes Comarch SA, polskiej firmy, globalnego integratora oraz producenta innowacyjnych rozwiązań i systemów informatycznych. Jego wypowiedź nie była miła ani dla rolników, ani dla firm mięsnych, ale atrakcyjna dla wszystkich, którym nie leży na sercu ich dobro.

Tymczasem nie ma danych na temat marnotrawienia żywności wegańskiej, w tym zamienników roślinnych dla produktów pochodzenia zwierzęcego. Z pewnością produkty wegańskie ulegają stracie w nie mniejszym stopniu niż tradycyjne. Nie jest znana tylko skala. Za to od niektórych wegańskich aktywistów można usłyszeć coś innego. Twierdzą oni, że przejście na weganizm rozwiązuje, w jakimś stopniu, marnowanie żywności, a z pewnością – według nich – chroni się środowisko. Nie potrafią jednak wykazać prośrodowiskowego charakteru upraw soi GMO, a która jest główną podstawą zamienników roślinnych dla produktów pochodzenia zwierzęcego.

Mięso, mleko czy soja?

Jeśli za podstawę analizy przyjąć doświadczenia francuskich rolników oraz przetwórców, gdzie rodzaj i przebieg zdarzeń wymierzonych w rolnictwo i hodowlę zwierząt był i jest bardzo podobny, a czasami nawet identyczny do tych, jakie mają miejsce w Polsce, to polscy rolnicy, a szczególnie przetwórcy są naiwni, że nikt ich z tego wysokomarżowego rynku zamienników roślinnych dla produktów pochodzenia zwierzęcego nie wyruguje lub nie będzie chciał. Dotychczasowe działania i głoszone hasła przez wegańskich aktywistów jak np. europosłanka Sylwia Spurek wskazują, że celem jest – przynajmniej u jakiejś części – ich całkowita eliminacja. Francuscy rolnicy, a zwłaszcza branża przetwórcza, wielokrotnie przewyższała ekonomicznie i finansowo w sumie dopiero raczkujący sektor wege. I mimo tego przegrywała w komunikacji rynkowej, bo po przeciwnej stronie stały nie tylko środowiska wegańskie i prozwierzęce, ale także wielkie koncerny żywnościowe, które w nowym trendzie konsumenckim widziały swój zysk. Podobne zjawisko zachodzi w Polsce.

W Chinach jedną ustawą, co ciekawe wzorowaną na rozwiązaniach obowiązujących w prawie unijnym, wprowadzono zakaz (sankcjonowany karą więzienia) nazywania zamiennika roślinnego dla mięsa mięsem. Jedynie dopuszczalne określenie to „sztuczne mięso” i wyraz „sztuczny” odnosi się tak samo do wiaderka z plastiku czy sztucznego jedwabiu. Celem tej regulacji było zapewnienie konsumentom bezpieczeństwa oraz pewnej, rzetelnej informacji o produkcie, którego nazwa nie wprowadza w błąd, co do istoty (rodzaju i treści) produktu.

Niewątpliwie w najbliższych maksymalnie 4-5 latach na polskim rynku żywności rozegra się ciekawa bitwa. Jeśli potoczy się ona według francuskiego schematu, to polskich rolników oraz przetwórców mięsa oraz mleka myślących o rynkowej symbiozie, czeka przykra niespodzianka, zwłaszcza że już w przeszłości nieraz rolnictwo i przetwórstwo zostały doświadczone skutkami działań aktywistów wegańskich i prozwierzęcych także za pośrednictwem polityków (europosłów, posłów, senatorów) oraz mediów prasowych, telewizyjnych i elektronicznych.

Francuscy rolnicy oraz zakłady mięsne i mleczarnie w porę podjęli działania ochronne i obronne. Niemieckie firmy przed swoimi sądami dochodzą swych praw, choć i w Niemczech ma zostać wprowadzone prawo podobne do rozwiązań francuskich. Czy tak samo stanie się w Polsce, to czas pokaże. Może być i też tak, że w naszym kraju walkę zakończy wprowadzenie jednego dla wszystkich unijnego prawa, wszak i w Komisji Europejskiej i w Parlamencie Europejskim są legislacyjne pomysły na uregulowanie zakazu nazywania nomenklaturą mięsną lub mleczarską żywności wegańskiej.