Już od niedzieli rolnicy z powiatu piotrkowskiego liczą tiry z niemieckimi tucznikami, które wjeżdżają do Polski i zmierzają do naszych ubojni. Wszystkie przypadki dokumentują, by Ministrowi Rolnictwa i Głównemu Lekarzowi Weterynarii otworzyć oczy na skalę importu wieprzowiny zza zachodniej granicy. Te dane każą bić na alarm!

-W opinii naszego resortu rolnictwa polscy producenci trzody są przewrażliwieni, bowiem import z Niemiec nie stanowi zagrożenia dla polskiego rynku żywca wieprzowego, nie wpływa znacząco na popyt ani stawki w skupie. Spadek opłacalności ma być głównie wynikiem pandemii, a okazuje się, że wcale tak nie jest – mówi Janusz Terka, znany lider Solidarności RI z woj. łódzkiego i organizator wielu rolniczych protestów.

-Według Głównego Lekarza Weterynarii nasze granice przekracza kilkanaście tirów z niemieckimi tucznikami w skali tygodnia. My to sprawdziliśmy, bo od czterech dni stoimy przy bramkach na A2 i liczymy. Za dnia faktycznie tych niemieckich świń nie widać wcale, ale wszystko rusza po godz. 18 i trwa do godz. 3 nad ranem. W tym czasie co noc wjeżdżało do Polski średnio 14 tirów z niemieckimi tucznikami. A to przecież tylko jedno przejście graniczne na zachodzie! – zauważa Janusz Terka.

- Wszyscy wiemy, że Niemcy również walczą obecnie z ASF, co rzutuje także ich rynek wewnętrzny i na eksport niemieckiej wieprzowiny. Nie wiemy, czy do Polski nie są zwożone świnie ze stref, nie wiemy czy nie są łamane przepisy i ograniczenia sanitarne. Od kiedy to ceny niemieckich, pełnowartościowych świń są konkurencyjne dla naszych ubojni? – pyta związkowiec z powiatu piotrkowskiego. – Do kilkunastu tirów z tucznikami doliczyć zaś trzeba jeszcze 150-200 chłodni, w którym mogą jechać półtusze i mięso.

Po kilku dniach obserwacji, monitoringu i zbierania danych, rolnicy zamierzają przejść do czynów. Dziś również zebrali się przy bramkach na A2 i rozważają podjęcie bardziej drastycznych działań, by nagłośnić sytuację.