Pod płaszczykiem pandemii nasilają się patologie związane z obsługą weterynaryjną gospodarstw hodowlanych. Rolnicy mają ich już dość, ale boją się narazić lekarzom weterynarii w swojej okolicy. Bez wiarygodnych świadków i dowodów nie sposób jednak zwalczać nadużyć, których sprawcy stają się coraz bardziej aroganccy.

Mówią rolnicy…

- Już przed pandemią się tak zdarzało, że dzwoniłem po weterynarza, a ten mówił że zarobiony jest i nie dojedzie, ale świadectwo mogę wieczorem odebrać w domu – mówi właściciel chlewni w gminie Grabica, w powiecie piotrkowskim (woj. łódzkie). - Teraz to już norma. „Przyjedź przed zamknięciem do gabinetu” – mówi prawie każdy weterynarz w okolicy. Wystarczy podjechać około godz. 17 pod domy weterynarzy albo gabinety weterynaryjne w naszej gminie, a przed każdym będzie kolejka oczekujących po świadectwa.

- Najbardziej denerwuje to, że za takie świadectwa bez badania żądają i tak więcej. Za 100 tuczników płaciłem zwykle niespełna 70 zł, a tu słyszę ponad 80 zł – oburza się ten sam rolnik.- Jak zapytałem skąd ta podwyżka, to lekarz mówi że to „premia za pandemię”, tak jak we wszystkich usługach. A ja się pytam za co? Przecież w maseczce do gabinetu wchodzę, a on nie rusza się zza biurka. Kto do kogo przyjechał, kto tu się naraża?

- Próbowałem naciskać na mojego weterynarza, żeby jednak odwiedził moje gospodarstwo. Pomyślałem, że jak wezmę takie świadectwo wypisane bez oglądania świń, to sam będę brał udział w przestępstwie – przyznaje inny rozmówca, producent trzody z powiatu piotrkowskiego. - Ale jak zadzwoniłem do innego, to również po świadectwo kazał przyjechać do miasta. Powiedział mi wtedy: „Pandemia jest. Jakbym miał kilkanaście chlewni dziennie objeżdżać, to już na pewno koronę bym złapał.”

- Gdy usłyszałem, że 100 zł się należy za transport, to pytam dlaczego tak drogo. „Koszty dojazdu i za ryzyko” – wytłumaczył mi lekarz – opowiada kolejny właściciel chlewni z powiatu piotrkowskiego. - Tyle, że weterynarz u mnie w gospodarstwie nie był. Powiedziałem, że to świetny żart i zapłaciłem jak zwykle. „Chyba się nie rozumiemy” – odpowiedział mi lekarz, a ja na to: „Ale liczyć umiemy, to niech pan policzy, ile panu do pensji dorzucam i za czyje pan dom zbudował”. Chyba muszę szukać nowego lekarza, bo ta współpraca nie rokuje – próbuje żartować nasz rozmówca.

- Ile warte są takie świadectwa wystawiane zza biurka i czemu one służą? – pyta inny właściciel chlewni z gminy Czarnocin, w powiecie piotrkowskim. -Na pewno nie rolnikom i nie konsumentom. To tylko sposób na napychanie kieszeni weterynarzy kosztem hodowców.

Zdaniem PLW…

- To absolutnie niedopuszczalny i karygodny proceder – komentuje relacje rolników Powiatowy Lekarz Weterynarii w Piotrkowie Trybunalskim, Konrad Dereń.- Problem jednak w tym, że takie nadużycia bardzo trudno dowieść bez udziału konkretnego rolnika, który zaświadczy o ich popełnieniu. W całym powiecie mamy podpisane umowy z 39 lekarzami, z czego ponad 20 wystawia świadectwa. Jeżeli dany lekarz zajmuje się wyłącznie wystawianiem świadectw w gospodarstwach i nadzorem w ubojniach, to jego pracę na podstawie składanych raportów łatwo prześledzić i dowieść, że nie mógł być w tym samym czasie w dwóch miejscach na raz, albo nie był w stanie dojechać danego dnia do danego gospodarstwa. Znakomita większość lekarzy prowadzi jednak również praktykę prywatną, z której nie składa mi sprawozdań.

- Niektórzy lekarze składają miesięcznie ponad 200 świadectw. Bez konkretów: nazwisk, świadków, miejsc i dat nie sposób wykryć nieprawidłowości, o których mówią rolnicy – wyjaśnia PLW w Piotrkowie.

- Nawet jeśli nasz przedstawiciel anonimowo pojawi się przed danym gabinetem i usłyszy od rolników, że przyjechali po świadectwa bez wcześniejszego badania, to musiałby złapać lekarza na gorącym uczynku – wyjaśnia szef powiatowej inspekcji. - To znaczy, że dany rolnik musiałby potwierdzić, że lekarza nie było w chlewni, nie badał zwierząt, a po świadectwo kazał rolnikowi przyjechać. Anonimowe informacje są praktycznie nieprzydatne.

- Rozumiem obawy rolników, bo po takim doniesieniu zostaną przecież w swoich gospodarstwach, a obwiniani lekarze też nie znikną – przyznaje Konrad Dereń. - Uważam jednak, że pojęcie zawodowej solidarności w środowisku lekarzy weterynarii nie obejmuje takich patologicznych zachowań. Należy tu też zaznaczyć, że rolnicy działaliby i w interesie własnym, i w interesie publicznym. Jeśli ta zmowa milczenia nie zostanie przerwana, to nic się nie zmieni.