Według danych MRiRW do końca kwietnia 2020 r. ten wysoki poziom importu nadal się utrzymywał. Do Polski wjechało 2,23 mln młodych świń (o 3,6 proc. mniej niż w tym samym okresie 2019 r.). Niestety, gospodarstwa, które wyspecjalizowały się w tuczu warchlaka z zakupu, wpadły ostatnio w pułapkę bardzo dobrej, ale krótkiej koniunktury. Wiosną, gdy notowano rekordowe ceny żywca wieprzowego, rekordy biły również ceny warchlaków, dochodząc nawet do 500-520 zł za zwierzęta o najwyższym statusie zdrowotnym. Pandemia i związane z tym problemy z logistyką transportów, lockdown, zmniejszone zapotrzebowanie ze strony sektora HoReCa, a także mniejszy popyt wśród konsumentów spowodowały, że ceny żywca, nie tylko trzody chlewnej, szybko zaczęły spadać. Kolejnym tąpnięciem rynkowym było zamknięcie największych zakładów ubojowych Tonnies w Niemczech w związku z wykryciem zakażeń koronawirusem wśród pracowników. Chińska obawa przed kolejną falą zakażeń COVID-19 spowodowała, że momentalnie Państwo Środka odmówiło przyjęcia niemieckiej wieprzowiny i ten sam los spotkał cztery holenderskie zakłady mięsne. Jak ocenia Wielkopolska Izba Rolnicza, to spowodowało, że na rynku z dnia na dzień mogło znaleźć się niezagospodarowanych 500 tys. świń. Ceny z tygodnia na tydzień na niemieckiej giełdzie VEZG dołowały, aż do gigantycznego spadku o 13 eurocentów z 8 lipca. Producenci świń, głównie opierający swoją produkcję na zakupie prosiąt, nie tylko zagranicznych, kontaktowali się z redakcją, informując, jak wielkie ponieśli w tym czasie straty. Część z nich podkreślała, że niestety nie zostali objęci pomocą dla rolników po koronawirusie w ramach projektu, o którym piszemy na str. 10-11. Ministerstwo tak uzasadniało decyzję: „Gospodarstwa zajmujące się produkcją prosiąt oraz prowadzące produkcję wieprzowiny w cyklu zamkniętym ponoszą w obecnej sytuacji spadku cen straty finansowe zarówno ze sprzedaży prosiąt, ale również ze sprzedaży świń rzeźnych. Z tego względu wsparcie w odniesieniu do tego rodzaju produkcji będzie kierowane do takich gospodarstw”.

Mimo tego przedstawiciele rolników, hodowców, m.in. WIR czy Krajowy Związek Pracodawców-Producentów Trzody Chlewnej POLPIG, podkreślali, że to właśnie rolnicy, którzy wstawili do tuczu warchlaki nabyte po wysokiej cenie, najbardziej ucierpieli na skutek pandemii koronawirusa.

– Specjalistyczni hodowcy, którzy prowadzą produkcję trzody chlewnej w cyklu otwartym, zostali pominięci z programu pomocy tarczy antykryzysowej COVID-19. (…) Zaskakujący jest fakt, że planowana pomoc w ramach tarczy antykryzysowej dotyczy gospodarstw utrzymujących lochy z pominięciem najbardziej poszkodowanej grupy rolników produkujących w cyklu otwartym. Ceny skupu tuczników spadły, a rolnicy, którzy w ostatnim okresie sprzedawali żywiec wieprzowy wytuczony z nabytych (po rekordowych cenach) kilka miesięcy wcześniej warchlaków, dokładali do każdej sztuki. Wnioskujemy o solidarne objęcie pomocą tarczy antykryzysowej również producentów, którzy produkują żywiec w cyklu otwartym – apelował Aleksander Dargiewicz, prezes POLPIG.

Z kolei WIR podkreślała: – Rozumiemy, że intencją ministerstwa jest wykluczenie z tej pomocy rolników prowadzących tucz w formie nakładczej. O ile możemy zgodzić się z takim założeniem, to jest przecież wielu polskich rolników kupujących prosięta od innych polskich rolników i prowadzących własny, niezależny tucz w systemie otwartym.(…) Prowadzone przez nas analizy ekonomiczne wskazują, że to właśnie ta grupa rolników została szczególnie dotknięta przez pandemię na skutek spadku cen rynkowych i zdecydowanie powinna zostać objęta wsparciem w ramach planowanego, nowego działania PROW. Podobnie jest w przypadku produkcji żywca wołowego czy brojlerów kurzych, które zostały objęte wsparciem. Producenci tego żywca też prowadzą tucz w cyklu otwartym.

Podsumowując rozmowy z hodowcami, można powiedzieć, że są rozczarowani. Część z nich po prostu nie będzie wstawiać w najbliższym czasie warchlaków, bez względu na to, czy z zagranicy czy nie. Inni zastanawiają się nad rozważeniem wejścia w tucz nakładczy.