Z zasady nie komentuję wypowiedzi rozmaitych działaczy na rzecz obrony zwierząt. Często są one bowiem do tego stopnia kuriozalne, że żadnego komentarza nie wymagają. Jakiś czas temu rzucił mi się jednak w oczy artykuł „Gazety Wyborczej” ("Wajrak w obronie dzików: Nie tędy droga" z 18 grudnia ubiegłego roku), w którym znany aktywista na rzecz ochrony przyrody – Adam Wajrak odnosi się do dotychczasowej walki z afrykańskim pomorem świń oraz planów odstrzału dzików.

Sam tekst utrzymany jest w dość wyważonym tonie, dużo więcej można przeczytać jednak między jego wierszami. Pokusiłem się zatem o krótką analizę wspomnianego artykułu. Autor rozpoczyna go wymienieniem najważniejszych faktów dotyczących pomoru. Czytamy zatem, że nie jest to choroba groźna dla ludzi oraz zwierząt nie należących do rodziny świniowatych, także o tym, że mięso zwierząt pochodzących od chorych świń nie jest groźne dla człowieka. Są to oczywiście fakty znane od zawsze, trudno zatem z nimi polemizować. Niestety, na tym podobieństwa moich poglądów do poglądów Autora kończą się. W dalszej części artykułu znaleźć można między innymi takie "perełki":

„[ASF - przyp. red.] Dotyka tylko hodowanych przez nas świń. Nawet dziki, dla których wciąż jest to choroba śmiertelna, potrafią już żyć po zakażeniu i prawdopodobnie mogą się dalej rozmnażać. Coraz dłużej ASF przebiega u nich bezobjawowo. Bardzo możliwe, że wkrótce się nań uodpornią” – czytamy w artykule.

Opinie na temat przeżywalności dzików po infekcji wirusem ASF są podzielone. Część badaczy twierdzi, że faktycznie około 5 procent zwierząt jest w stanie przeżyć kontakt z wirusem. Inni uważają, że nabyta przez dziki odporność pozwala jedynie wydłużyć czas rozwoju choroby, a zainfekowane dziki prędzej czy później i tak padną na skutek ASF. Tak naprawdę nie ma to jednak większego znaczenia: z punktu widzenia producentów trzody chlewnej nabywanie odporności przez dziki jest zjawiskiem niebezpiecznym. Zwierzęta które są w stanie - dłużej czy krócej - żyć po kontakcie z patogenem mogą przenosić go na dużo większe odległości, niż ma to miejsce w przypadku dzików nie posiadających odporności. O ile uodpornienie się dzików na ASF ucieszy z pewnością obrońców zwierząt, to jeszcze bardziej utrudni walkę z pomorem w stadach świń - zwiększy się bowiem tempo rozprzestrzeniania się wirusa w populacji dzików, a tym samym coraz większy obszar kraju będzie zagrożony chorobą. W powyższej wypowiedzi najbardziej irytuje jednak pierwsze zdanie przytoczonego akapitu, ale o tym za chwilę. Tymczasem kolejny ciekawy fragment artykułu:

„W tych często nieludzkich hodowlach, w których produkujemy kiełbasę i kotlety, nie ma miejsca na przypadek. Hodowcy chcą wiedzieć, jak szybko świnie przyrastają na wadze i kiedy będą mogły zostać sprzedane na rzeź. ASF krzyżuje im szyki, dlatego jej nie lubią” – pisze w swoim artykule Adam Wajrak.

Mówiąc pół żartem – pół serio, w wypowiedzi Autora brakuje tylko tego, by skandalem nazwał chęć wygenerowania przez rolników zysku, który byłby należnym wynagrodzeniem za ciężką pracę. Żarty żartami, przeraża jednak to, że obrońcy praw zwierząt zaślepieni swoją misją często zapominają o dobru człowieka. Narracja artykułu takiego jak omawiany wyżej odczłowiecza rolników: przecież pomór dotyczy tylko świń, ucierpią na nim tylko fermy. Autor pisze jedynie o bezosobowym tworze, jakim są chlewnie, których dwa główne cele to wygenerowanie milionowych zysków i zadanie zwierzętom możliwie jak największego cierpienia. Szkoda, że samozwańcze autorytety broniące praw zwierząt zapominają że za każdym gospodarstwem czy fermą stoją ludzie. Ludzie, których dorobek, byt i miejsce pracy są zagrożone przez afrykański pomór świń. Czy którykolwiek z obrońców dzików zastanowił się co dla właściciela stada oznacza wystąpienie w gospodarstwie ASF? Na jakie naraża go straty? Nie tylko finansowe, lecz także psychiczne? Ile gospodarstw nie podniesie się już po wystąpieniu w nich pomoru? Ilu rolników pozbawionych możliwości zarobkowania, mając na plecach ogromne kredyty, targnie się na swoje życie? Wreszcie, ile za nieskuteczną walkę z pomorem zapłaci każdy z nas? Tyle pytań i ani jednej odpowiedzi. Przecież tu chodzi tylko o człowieka…

Dajmy jednak już spokój artykułowi pana Wajraka. Na co dzień słyszymy bowiem dużo bardziej kuriozalne głosy. Na ich tle omówiony wyżej tekst wypada niemal obiektywnie. Musimy jednak podjąć poważną dyskusję na temat tego w jaki sposób krajowe rolnictwo ma funkcjonować w świetle coraz większej aktywności środowisk na rzecz rzekomej ochrony przyrody. Podjęte niedawno przez nasze władze decyzję odnośnie zwalczania ASF (między innymi plan odstrzału dzików i zabezpieczenie możliwości przeprowadzenia polowań) należy ocenić pozytywnie, niemniej nie rozwiązują one źródła problemów.

W swojej naiwności wierzę, że działalność ogromnej rzeszy obrońców praw zwierząt nie wynika ze złej woli, tylko ze zwyczajnego braku wiedzy dotyczącej między innymi funkcjonowania ekosystemów, jak i prowadzenia działalności rolniczej. Aby szerzyć tę wiedzę, potrzebna jest nie tylko rzetelna edukacja przyrodnicza w szkołach (a z tą rzetelnością różnie dziś bywa), lecz także szeroko zakrojone kampanie informacyjne w powszechnie dostępnych mediach. Społeczeństwo musi zrozumieć, że odstrzał zwierząt bywa niezbędny do zachowania równowagi ekologicznej ekosystemów, że czasem warto wyciąć jedno drzewo, by uratować dziesięć innych, przede wszystkim zaś to, że celem rolnika nie jest zadawanie zwierzętom cierpienia. Niestety większość poczytnych mediów woli karmić się obrazkami takimi jak niedawne wydarzenia z ubojni bydła w Wielkopolsce. Nagłaśniając pojedyncze, patologiczne przypadki, kreują nieprawdziwy obraz rzeczywistości przez co jeszcze bardziej zaostrzają konflikt pomiędzy rolnikami a obrońcami zwierząt.

A tymczasem działalność środowisk prozwierzęcych stale rośnie w siłę, nabierając stopniowo cech nowej religii. Jej wyznawcy stają się coraz bardziej fanatyczni. Zastanówmy się do czego ten fanatyzm może w końcu doprowadzić.

Już po zredagowaniu powyższego tekstu z czystej ciekawości zapoznałem się z komentarzami internautów pod omówionym wyżej artykułem. Nie będzie przesadą kiedy powiem, że budzą one moje przerażenie. Pozwolę sobie przytoczyć jeden z nich: "Dobrze by było, gdyby mięsożercy zarażali się po zjedzeniu tych wszystkich kotletów i innych tzw. produktów z hodowanych i zabijanych jak w obozach koncentracyjnych zwierząt (...)". Zanim zatem ktokolwiek z Państwa zarzuci mi, że popadam w przesadę porównując działalność obrońców zwierząt do fanatyzmu, proszę raz jeszcze przeanalizować powyższe zdanie.