Jak już wcześniej informowaliśmy, w ostatnim czasie, do Polski oraz innych krajów europejskich, za pośrednictwem Belgii, trafiła wieprzowina pochodząca aż z Barbadosu. Po pobraniu w markecie prób, przez belgijskie służby nadzoru nad żywnością wykazano, że mięso było zanieczyszczone chemioterapeutykiem – lewamizolem.

Dotychczasowe informacje, zebrane w unijnym systemie RASFF dotyczące tego zagrożenia wskazują, że wieprzowina trafiła do: Belgii, Niemiec, Luksemburga, Rumunii, Chorwacji, Francji, Austrii, Estonii, Czech, Rumunii, Węgier, Polski oraz Wielkiej Brytanii.

Polskie ministerstwo rolnictwa potwierdziło portalowi wp.pl, że taki transport dotarł do Polski. „38 sztuk świń ubitych na Barbadosie trafiło do firmy z woj. kujawsko-pomorskiego, a 24 świnie pojechały do woj. łódzkiego. 9,9 ton mrożonych serc trafiło do przetwórni niedaleko Łodzi. Część mięsa zatrzymano i przekazano do utylizacji.” – czytamy na stronie serwisu.

Jak podkreśla w rozmowie Aleksander Dargiewicz, dyrektor KZP-PTCH w informacji dotyczącej wieprzowiny, przywiezionej na teren Unii Europejskiej z Barbadosu, najbardziej groźne i niepokojące jest to, że nadzór weterynaryjny nie działa właściwie.

– Pamiętajmy, że w krajach Wspólnoty obowiązuje zasada wzajemnego zaufania. Jeżeli kraj unijny wysyła żywność, w tym wypadku wieprzowinę, do innego kraju unijnego, to nadzór weterynaryjny kraju eksportera potwierdza, że ten towar ma odpowiednią jakość i jest bezpieczny zdrowotnie dla konsumentów. Dlatego, strona przyjmująca taki towar, już nie bada go ponownie. Skoro unijny inspektor kraju eksportującego podpisał się pod taką przesyłką, to ufamy, że nie ma potrzeby przeprowadzania dalszych badań. Skoro towar przy wjeździe na teren Europy przeszedł unijną kontrolę, to można mieć gwarancję, że przesyłka została dobrze sprawdzona.

W tym wypadku, sytuacja była nieco inna, ponieważ Belgia prawdopodobnie była krajem tranzytowym. - Jednakże, jeżeli z kraju trzeciego wjeżdża wieprzowina na teren Unii, to belgijska inspekcja weterynaryjna powinna dokładnie sprawdzić jakość tego towaru. Widocznie, ktoś nie dopełnił swoich obowiązków. Nie rozumiem też, jak można było coś takiego przepuścić i nie skontrolować dokładnie takiego towaru. Jeżeli z kraju trzeciego wjeżdża na teren Unii tania wieprzowina z Barbadosu, to nie można mieć pełnego zaufania co do tamtejszych standardów. Przecież nie mamy pełnych informacji jak dokładnie wygląda produkcja świń na Barbadosie, w jakich warunkach jest robiona. Jeżeli tego nie przypilnowano, to znaczy że inspekcja w Belgii nie działa, tak jak powinna działać. A to ostatecznie skutkuje tego typu aferami w całej Europie. Nie służy to ani branży, ani producentom żywca, działa na niekorzyść producentów i przetwórców żywności, i może być groźne dla samych konsumentów – podkreśla Dargiewicz.

Jednocześnie ekspert zauważa, że w przypadku importu wieprzowiny z Barbadosu nie można mówić o opłacalności tego procederu, ale raczej postrzegać jako minimalizację strat.

- Trzeba jasno powiedzieć, że tego typu produkt powinien być zutylizowany na Barbadosie. Ktoś prawdopodobnie wpadł na pomysł, że po co ma ponosić koszty utylizacji, jeżeli może tanio to sprzedać w Unii Europejskiej? Zamiast utylizacji mamy sprzedaż, zapewne poniżej ceny rynkowej – wyjaśnia.

Z kolei Czesi, do których również trafiła wieprzowina z Barbadosu, cały czas podkreślają, że chcą badać towary równolegle i do tych praktyk namawiają też pozostałe kraje członkowskie. - Za te równoległe kontrole są karceni przez unijne władze. Taka polityka jest oczywistym odejściem od zasad obowiązujących w UE, bo teoretycznie jeden podpis nadzoru weterynaryjnego powinien gwarantować zgodność przesyłki z wymogami unijnymi. Jeśli ktoś ponownie zamierza badać wwożony towar, to wówczas w złym świetle stawia inspekcję weterynaryjną kraju, z którego towar jest wwożony, sugerując, że nadzór weterynaryjny działa tam nieskutecznie. Nasza inspekcja weterynaryjna nie ma obowiązku ponownego badania towaru, który został przyjęty do obrotu w innym kraju unijnym – mówi nam Aleksander Dargiewicz.

Na koniec dodaje, że - warto iść w takim kierunku, by raczej starać się naprawić system niż sztucznie chronić swoje rynki przez podwójne badania, bo wkrótce dojdzie do tego, że to politycy będą decydować od kogo i jaki towar do kraju wpuszczamy. I za chwilę, będzie można zapomnieć o zdrowym funkcjonowaniu wspólnego rynku. Dlatego, wcale się nie dziwię reakcji Komisji Europejskiej, że tak reaguje na te zakusy Czechów. Także głosy płynące z Polski, że należy badać wszystko, to co wjeżdża do naszego kraju, prowadzą do tego, że narażamy się na retorsje. Jeżeli zależy nam na tym, by nasza wołowina, wieprzowina czy jakiekolwiek inne produkty żywnościowe nie były ponadprogramowo badane w innych krajach, to sami też nie namawiajmy do takich praktyk.