Sławomir Homeja  to znany działacz rolniczy, hodowca trzody chlewnej zajmujący się hodowlą rasy puławskiej. Kujawsko-pomorski hodowca stosuje tucz bez GMO oparty na krajowych roślinach białkowych.

- Jesteś znanym działaczem rolniczym, zajmującym się hodowlą trzody chlewnej. Wiele osób pewnie jest ciekawych jakiej wielkości prowadzisz gospodarstwo?

- Mam 22 hektary, w tym ponad 3 w dzierżawie. Posiadam 30 loch w cyklu zamkniętym.

- Czyli jesteś statystycznym Kowalskim zajmującym się hodowlą trzody chlewnej.

- Może nawet nie jestem statystycznym, bo trochę mniejszym od średniej krajowej.

- Jednak mieścisz się w tej najliczniejszej grupie hodowców, którzy posiadają mniej niż 50 loch. Czy da się przetrwać prowadząc niewielką hodowlę?

- Sytuację i tak mam lepszą od większości hodowców, bo zakład płaci mi złotówkę więcej do kilograma żywej wagi trzody chlewnej, mimo to i tak dokładam do biznesu. Branża trzodziarska ze wszystkich gałęzi rolnictwa obrywa najbardziej. Jeżeli popatrzymy na producentów bydła czy zbożowców, to każdy kto miał straty, otrzymywał jakąś rekompensatę, ceny mleka i wołowiny są stabilne a zboża wzrosły. U nas jest bardzo źle i nic nie wskazuje na to, by miało się w najbliższym czasie poprawić.

- Wspomniałeś, że masz płaconą złotówkę więcej. Jak to możliwe?

- Wszystko zaczęło się w 2015 roku, kiedy rozpocząłem hodowlę trzody rasy puławskiej i szybko znalazłem wspólny język z panem Maciejem Kwiecińskim, właścicielem zakładu mięsnego. W tym samym roku Ośrodek Doradztwa Rolniczego rozpoczął badania na temat żywienia zwierząt roślinami białkowymi. Połączyłem jedno i drugie, i tak powstała inicjatywa promocji kujawsko-pomorskiego tuczu bez GMO. Hasło ” kujawsko-pomorska wieprzowina  tuczu bez GMO „ staje się coraz bardziej rozpoznawalne. Korzysta na tym nie tylko zakład mięsny, ale i ja. Dostaję złotówkę więcej od ceny rynkowej i bardzo to doceniam, bo mam świadomość, że ten wyższy koszt bierze na swoje barki zakład.

- Zastępujesz soję krajowym białkiem. Nie brakuje głosów, że jest to nieopłacalne.

-  W zeszłym roku robiłem podsumowanie i zauważyłem pewną zależność. Jeżeli cena za soję wynosi 1600 złotych za tonę a łubin żółtego kosztuje 1200 złotych to jest zachowany ten próg opłacalności pomiędzy GMO a paszami rodzimymi. Ja tym bardziej nie jestem stratny, bo sieję u siebie groch oraz  łubin i mniej mnie to kosztuje. Uwierz mi, że tucz bez soi jest opłacalny  potwierdziło to wiele poważnych doświadczeń i ja to potwierdzam.

- Zmieńmy temat. Ciekaw jestem jak oceniasz organizowane ostatnio protesty. Cała Polska mówi o Michale Kołodziejczaku, przewodniczącym AGROunii. Czy według Ciebie doczekaliśmy się godnego reprezentanta rolników?

- To trudne pytanie, na które nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć. Widać, że Michał Kołodziejczak jest bardzo zaangażowany, zauważalne są też jego starania. Niestety, widzę też, że w pewnych momentach ten człowiek nie wie o czym mówi. Spójrzmy choćby na jeden z głównych postulatów protestujących. Chodzi mi o wymóg, który w krótkim czasie został wprowadzony przez ministerstwo, mianowicie o oznaczanie produktów flagą pochodzenia. Niby wszystko fajnie...

- Ale jak spojrzymy na szczegóły...

- To okaże się, że obowiązek podania miejsca urodzenia i uboju pojawia się przy wołowinie i cielęcinie. Z kolei przy wieprzowinie, drobiu, baraninie i koźlinie wymagane jest już tylko pochodzenie. Nie ma sprecyzowanych zasad odnośnie przetworów mięsnych. Uzgodnienia w Unii Europejskiej trwają. Znak kraju pochodzenia może będzie wprowadzony po 2020 roku i ma być dobrowolny. Warto pamiętać, że od stycznia 2017 możemy znakować mięso i wyroby oraz inne produkty rolno- spożywcze oznaczeniem „Produkt Polski”. Te dwa słowa na produkcie są gwarancją, że mamy do czynienia w 100 procentach polskim produktem. To my rolnicy musimy wpływać na przedstawicieli rolników w funduszach promocji aby znak „Produkt Polski” był maksymalnie promowany. Współpraca z zakładami przetwórczymi, związkami branżowymi, ODR-ami, KOWR-em i innymi organizacjami mającymi wpływ na świadomy wybór konsumenta to jedyna droga. Pamiętajmy jednak, że musi za tym iść wiarygodność dla konsumentów, którą zapewnia GIJHARS, oraz Inspekcja Weterynarii.

- Wprowadzenie oznaczenia produktu było jednym z głównych postulatów rolników. Dlaczego tego nie dopracowano?

- No właśnie, dlatego nie wiem czy ktoś tym panem kieruje, czy on nie przemyślał tego co robi? Naprawdę dziwię się ludziom, że wyszli wtedy na ulicę.

- Czy próbowałeś skontaktować się z panem Kołodziejczakiem?

- Tak, nie wiem czy był on jeszcze pod wpływem wielkich emocji związanych z niedawnym protestem. Rozmowa z nim była bardzo dziwna, bo w ogóle nie docierały do niego moje argumenty. Jestem jednak daleki od krytyki. Nie znam go i nie chcę pochopnie oceniać. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli chce reprezentować rolników, to powinien inaczej podchodzić do wielu spraw. Musi się trochę wyciszyć, stonować i być otwartym na argumenty innych.

- Czy wobec tego popierasz protesty?

- My rolnicy mamy utrudnioną sprawę jak manifestować swoje niezadowolenie. Przecież nie pójdziemy na L4 jak przedstawiciele innych zawodów. Przede wszystkim protesty powinny być organizowane zgodnie z prawem. Przypominam sobie jak uczestniczyłem w protestach w 2015 roku. Wówczas w kraju była analogiczna sytuacja. Ceny za trzodę spadły do tego samego poziomu jak dziś, a przez nasz region przeszła susza. Wyszliśmy na drogę, zablokowaliśmy Żnin - przez 2 godziny był utrudniony przejazd. Nasłuchaliśmy się przez to epitetów od kierowców ciężarówek. Protesty się skończyły i czy coś to dało? Naprawdę nic.

- To co można zrobić więcej?

- Wydaje mi się, że to co robimy z kujawsko-pomorskim tuczem bez GMO jest jakąś alternatywą, tworzeniem niszy. Przede wszystkim musimy zadbać o to by konsumenci świadomie wybierali polskie mięso bez względu na to czy mówimy o drobiu czy wieprzowinie.

- Odniosłem wrażenie, że hasłem przewodnim ostatnich protestów było słowo „patriotyzm”. Wymagano go m.in. od zakładów mięsnych w kontekście kupowania tylko polskiego mięsa.

- Rolnicy muszą sobie sami odpowiedzieć na pytanie czym jest dla nich patriotyzm. Żądamy od konsumentów aby kupowali polskie produkty, tego samego domagamy się od zakładów przetwórczych. Sami produkujemy w systemie tuczu nakładczego, kupujemy duńskie warchlaki albo wybieramy zachodnie rasy, które karmimy soją i sprzedajemy do zagranicznych zakładów przetwórczych. A jeżeli ktoś mówi o krajowych rasach, naszym białku, sprzedaży do lokalnych jeszcze polskich zakładów czy konieczności większej promocji znaku „produkt polski” to jest wyśmiewany albo obrażany. Niestety większość organizacji rolniczych zachłysnęła się wzorcami zachodniej produkcji nie doceniając krajowych możliwość. Staramy się dorównać innym zamiast tworzyć swoją markę. Kogo zatem można nazwać patriotą?  To niesamowicie trudne pytanie.

- A czy nie wydaje Ci się, że organizatorom protestu brakuje dobrych rozwiązań, które mogłyby uzdrowić sytuację?

- Od razu przypomniały mi się spotkania organizowane w Przysieku pod nazwą „Porozumienie Branżowe”. Dyskutują na nim związki branżowe i rolnicze. Byłem na nich może trzy razy. Za każdym razem jak mantrę zadawałem jedno pytanie: Panowie, jaki macie pomysł na polską wieprzowinę? Zgadnij jaka była ich reakcja? Na sali pełna cisza, brak odpowiedzi. Krytykowanie tuczu bez GMO i powtarzanie, że to się nie może przyjąć jest bardzo masowe, ale jeżeli mielibyśmy stworzyć jakiś wyróżnik polskiej wieprzowiny to nagle wszystkim brakuje pomysłu. Naprawdę zachęcam do dogadywania się z zakładami mięsnymi, bo to jest podstawa. Blokowanie krajowych zakładów do których nie odstawiam żywca jest niepoważne to nie one dyktują ceny. 

- Jak hodowcy mieliby się dogadywać z zakładami mięsnymi?

- Przede wszystkim musimy się zastanowić, w którym kierunku idziemy. Jeżeli razem mamy budować wspólny rynek, to powinniśmy wspólnie brać odpowiedzialność za niego. Nie możemy tylko wymagać od zakładów przetwórczych. Pewnie, że jesteśmy w gorszej sytuacji od nich, nie zmienia to faktu, że między nami musi być pełna lojalność.

- Na czym miałaby ona polegać?

- Podam tu przykład. Jakiś czas temu dostałem interesującą ofertę z Auchan i podejrzewam, że w pewnym momencie zarabiałbym więcej niż teraz. Mam pewne zasady, współpracuję z kujawsko-pomorskimi zakładami od dawna, ta współpraca układa nam się dobrze. Tak jak nie chciałbym by pewnego dnia zrezygnowali oni ze współpracy ze mną, tak i tym zakładom zależy na odpowiedzialnych kontrahentach. Z drugiej strony nie może być tak, że zakład przetwórczy wyzyskuje hodowcę. Ważne jest wspólne działanie, podjęcie próby tworzenia przez dwie strony wspólnej marki. To jest spora szansa stworzenia jakiegoś wyróżnika i dla hodowcy, i dla zakładu. Potrzebna jest większa współpraca organizacji promujących np. fundusze promocji KOWR i ODR . Projekt  ” kujawsko-pomorska wieprzowina  tuczu bez GMO „to przykład próby powiązania tych organizacji liczę na współpracę z twoim stowarzyszeniem pierwszy krok za nami.

- Ciekaw jestem jak oceniasz pracę ministra Ardanowskiego?

- Skoro już sporo miejsca poświęciliśmy protestom, to przyznam, że obserwowałem w telewizji jego rozmowę z rolnikami na drodze. Podziwiałem jego cierpliwość, bo zdarzało się, że i po pięć czy nawet sześć razy musiał im odpowiadać na to samo pytanie, choćby dotyczące oznaczania produktu krajem pochodzenia. Wydaje mi się, że jestem obiektywny, ale nie rozumiem rolników w wielu kwestiach. Na przykład kiedy mówią, że w ministerstwie nic się nie robi. Ja przypominam, że pan Ardanowski jest w resorcie dopiero od sześciu miesięcy.

- Co w takim razie zmieniło się w ministerstwie od tego czasu?

- Choćby to, że hodowcy po raz pierwszy otrzymali odpowiednie odszkodowanie ze względu na wystąpienie suszy. Trzeba przyznać, że minister bardzo szybko wprowadził stosowne rozporządzenia. Dziwi mnie to, że na ministrze są wieszane psy choćby za to, że wykorzystano środki de minimis. Skoro jest przyznana określona pula a minister pozwolił ją maksymalnie wykorzystać, to nie jest to powód do narzekania. Dodam jeszcze, że zaraz po tym minister pojechał do Brukseli, by negocjować wyższą stawkę de minimis na przyszły rok. Skoro ktoś narzeka na te środki, to niech sobie przypomni jak to było w 2015 roku kiedy była taka sama sytuacja czy w 2017 roku, kiedy przez mój region przeszła nawałnica. Pan minister oczekuje od organizacji rolniczych propozycji rozwiązań problemów a one zwalają na niego całą winę za stan rolnictwa, zamiast szukać wspólnie rozwiązań. 

- Jaki będzie rok 2019?

- Boję się, że ludzie coraz częściej będą wychodzili na ulicę, bo są wybory, a wybory zdominują obietnice wyborcze, z kolei działania będą bardziej polityczne niż racjonalne. Bardzo liczę na to, że w pierwszej kolejności minister uruchomi resztę dopłat bezpośrednich dla trzodziarzy. Może też udałoby się przyspieszyć zwrot funduszy za zakup materiału siewnego. Naboru na ten cel nie trzeba przecież uruchamiać we wrześniu, tylko można by to zrobić już w czerwcu. Przecież wtedy już i tak wszystko jest zasiane, a pieniądze mogłyby trafić do rolników jeszcze przed żniwami.

Dziękuję za rozmowę.