Arkadiusz Kaczmarczyk z miejscowości Poniatowo pod Żurominem z chowem drobiu zaznajomiony jest od dzieciństwa:

- Mój tata w latach 70-tych minionego stulecia wybudował jeden z pierwszych kurników w okolicy. Początkowo produkcja opierała się na chowie kur ras nieśnych, później hodowano indyki, zaś na początku lat 2000 rozpoczęto odchów pierwszych partii brojlera kurzego – tłumaczy hodowca.

Sam hodowca fermy drobiu prowadzi od 1997 roku. Najpierw przejął obiekt należący do teścia, później odkupił fermy ojca, zaś ok. 2 lata temu do użytku oddano nowoczesną brojlernie mogącą w jednym rzucie wyprodukować około 52 tys. kurcząt rzeźnych.  Łącznie hodowca dysponuje powierzchnią około 7 tys. metrów kwadratowych, we wszystkich czterech obiektach jest w stanie utrzymywać około 120 tys. sztuk brojlera.

Stabilizacja w niepewnych czasach

Przez lata produkcja opierała się na odchowie zarówno kurcząt ras mięsnych, jak i indyków. Jednak sytuacja rynkowa skłoniła hodowcę do skoncentrowaniu się wyłącznie na brojlerze kurzym:

- Aby pokryć koszty produkcji wyprodukowanego indyka musiałbym sprzedawać w cenie ok. 5 zł/kg żywca, zdarzały się rzuty w których sprzedawałem go za 2 zł. Zdarzały się czasem dobre rzuty, w których byłem w stanie zarobić 200 tys., z reguły jednak straty poniesione podczas odchowu kolejnych partii zżerały cały zysk. Gwoździem do trumny był wybuch pandemii COVID-19 – wówczas to w krótkim czasie nastąpił bardzo duży spadek cen żywca indyczego wynikający przede wszystkim z zahamowania eksportu i trudności logistycznych – tłumaczy producent.

Pandemia COVID, to nie jedyne zagrożenie wpływające na kondycję branży drobiarskiej. Drugim z nich jest trapiąca hodowców od lat wysoce zjadliwa grypa ptaków. Arkadiusz Kaczmarczyk o skutkach choroby przekonał się aż za dobrze, gdyż wszystkie jego stada zostały zdziesiątkowane przez chorobę. Nie jest on zresztą wyjątkiem – wszak powiat żuromiński był w tym roku prawdziwym epicentrum tej choroby, i niewielu hodowcom udało się przejść przez ten okres suchą nogą. Producent wskazuje jednak również na skutki epizootii w szerszej perspektywie:

- W momencie wystąpienia choroby ceny żywca zaczęły drastycznie spadać. Do dziś na dobre nie odbudowały się, jednocześnie opłacalność produkcji pogarszają stale rosnące koszty środków produkcji takich jak pasza czy energia – tłumaczy hodowca.

Jak mówi nasz rozmówca to właśnie chęć stabilizacji przyczyniła się do decyzji o współpracy z Agri Plus. Producent jest bowiem niezależny od kosztów paszy, czy żywienia zwierząt, w całości pokrywa je bowiem spółka. Po stronie hodowcy leży natomiast zakup między innymi gazu do ogrzewania obiektów, ściółki, czy opłacenie pracowników.

- Współpracując mam pewność, że jeżeli nie będę miał rekordowo dużych upadków, a zwierzęta osiągną oczekiwane przyrosty, zagwarantowany mam zadowalający dochód. A z wynikami produkcji nie mamy żadnego problemu: w standardowym sześciotygodniowym okresie tuczu nasze ptaki osiągają zwykle wagę ubojową na poziomie 2,80 kg, choć nierzadko bywa że przekracza ona 3 kg. Współczynnik wykorzystania paszy utrzymuje się na poziomie 1,60, zaś śmiertelność nie przekracza zwykle 3,5 – 4 proc. O tym, że to co robimy robimy dobrze jest to, że osiągane przez nas parametry przekraczają nawet założenia firm odpowiedzialnych za dostarczenie genetyki kurcząt – tłumaczy Kaczmarczyk.

Jednak współpraca z Agri Plus przynosi korzyści nie tylko w okresach trudnej koniunktury. Zdaniem producenta dużą jej zaletą jest również ograniczenie nakładów pracy związanych z logistyką: przede wszystkim nie musi on martwić się o dostawy paszy, leżą one w całości po stronie Agri Plus. Co ważne, pasze trafiające do gospodarstwa są najwyższej, a przede wszystkim stabilnej jakości: niezależnie od tego czy produkowane są one w wytwórniach firmy, czy też przez firmy zewnętrzne, opierają się one na jednej recepturze, co gwarantuje powtarzalność wyników produkcyjnych, oraz wysoką kondycję zdrowotną stada. Producent nie musi również samodzielnie zamawiać piskląt, czy organizować odbioru wyprodukowanego żywca. Wszystkie te czynności leżą po stronie Agri Plus.

Produkcja (niemal) bezobsługowa

Warto napisać również kilka słów o najnowszym z obiektów należących do bohatera reportażu. Przyznać trzeba że robi on wrażenie: zastosowane w nim rozwiązania techniczne znacząco ograniczyły pracochłonność produkcji. Najbardziej wymagające pod tym w względem etapy to czas załadunku wyhodowanych kurcząt, mycie i dezynfekcja budynku, oraz zasiedlenie brojlerni pisklętami:

- Poza tymi okresami w przypadku najnowszego z posiadanych obiektów byłbym w stanie samodzielnie go obsłużyć. Praca ogranicza się tutaj głównie do kontroli stanu zdrowia zwierząt i ewentualnego usuwania padłych kurcząt. Pozostałe czynności zostały praktycznie w stu procentach zautomatyzowane – tłumaczy Arkadiusz Kaczmarczyk.

I tak jest w rzeczywistości: centrum sterowania obiektem jest komputer który z jednej strony zbiera wszelkie dane dotyczące warunków i parametrów produkcji, z drugiej zaś steruje pracą wszystkich systemów w obiekcie. Trafiają do niego dane dotyczące między innymi aktualnych temperatur i wilgotności powietrza w obiekcie, a system wag pozwala na bieżąco monitorować masę kurcząt. System automatycznie reguluje warunki klimatyczne panujące w obiekcie, pozwala także śledzić podstawowe parametry tuczu. Co istotne, o każdej sytuacji awaryjnej rolnik jest informowany za pośrednictwem komunikatów SMS, dzięki czemu zawsze jest w stanie w porę zareagować na ewentualne problemy techniczne. Zapewnia to z jednej strony dobre wyniki produkcyjne, ale także chroni dobrostan zwierząt.