Na początku lat 30. XX w. Polska była krajem o niezwykle różnorodnej strukturze gospodarstw rolnych. Z jednej strony rozległe latyfundia na wschodzie i ogromne ordynacje magnackie oparte na stabilnej własności dopiero powoli wprowadzały mechanizację i technikę na pola. Z drugiej strony, dosłownie, bo na zachodzie kraju, mniejsze, choć stabilne wielkopolskie gospodarstwa korzystały już od wielu lat z technicznych nowinek w dziedzinie mechanizacji rolnictwa.

Ta przedwojenna różnorodność jednak bardzo sprzyjała rozwojowi przedsiębiorstw i fabryk, które prześcigały się w ofertach produktów kierowanych do gospodarstw rolnych.

Zakłady Ursus produkujące do tej pory rolnicze ciągówki po upadku spowodowanym przeinwestowaniem w 1930 r. zostały przez państwo znacjonalizowane i przestawione na produkcję wojskową. Dlatego zagraniczne ciągniki rolnicze powoli zaczęły pojawiać się na polskich polach. Wówczas na zakup takiej maszyny stać było tylko najbogatszych obszarników, jednak tendencja mechanizacji rolnictwa nabrała w Polsce wysokiego tempa. Koronnym przykładem tego były zakłady firmy Unia-Ventzki SA z Grudziądza, która już w połowie lat 30. reklamowała na naszych łamach nie tylko swoje nowoczesne maszyny rolnicze, lecz także części zamienne do nich.

Gwałtownie przerwany w okresie II wojny światowej dynamiczny rozwój mechanizacji rolnictwa tuż po zakończeniu działań wojennych zaczął się odradzać w sposób socjalistyczno-planowy. Ursus, jak i inne zakłady produkujące sprzęt rolniczy, został upaństwowiony i rozpoczęła się era odgórnego zarządzania zarówno fabrykami, ich produkcją, jak i ludźmi oraz rolnictwem w ogóle.

Nasz niemiecki ciągnik i durackie maszyny

Część pozostawionego przez dotychczasowych niemieckich mieszkańców Ziem Zachodnich sprzętu rolniczego uniknęła przymusowej konfiskaty i grabieży przez hordy czerwonoarmistów. Ciągniki pozostawione na tzw. Ziemiach Odzyskanych, których nie spotkał smutny los przetopienia w radzieckich martenowskich hutach, a które do tej pory służyły ciągnięciu lawet wojskowych armat, zaczęły wyruszać na pola.

W warszawskim Ursusie produkcja ciągników C-45 ruszyła pełną parą. Choć historia produkcji tego modelu toczyła się jeszcze przez dwa dziesięciolecia, trudno ukryć, że już wówczas była to poważnie przestarzała konstrukcja oparta co do joty na niemieckim Lanz Bulldogu. Kopie tego modelu mogły legalnie powstawać nie tylko w Polsce, lecz także we Francji i innych krajach. Działo się tak na skutek reparacji wojennych, które anulowały wszystkie chronione prawem międzynarodowym niemieckie patenty zatwierdzone przed 1945 r.

Niełatwym zadaniem, z którym przyszło się w tym czasie redakcji zmierzyć, było przekazywanie na naszych łamach wiedzy o nowoczesnych technikach upraw i mechanizacji rolnictwa. Jak już wspomnieliśmy, część „odziedziczonego” sprzętu rolniczego była sprawna i zdatna do natychmiastowego użytku, ale często bywało, że jego obsługa wymagała wiedzy i umiejętności. Czasem także przekonania się do niego, czego zabawnym przykładem są sceny z kultowego filmu „Sami swoi”, kiedy to poniemiecka młockarnia została ochrzczona przez bohatera duracką maszyną dla tych, co siły w ręcach nie mają”.

To właśnie wówczas edukacja stała się naszym głównym zadaniem. Na łamach „Przysposobienia rolniczego” pisaliśmy o maszynach, ich budowie i właściwym użytkowaniu. Szczególną uwagę poświęcaliśmy właśnie budowie i obsłudze sprzętu rolniczego.

Przymusowa kolektywizacja rolnictwa w latach 50., choć na szczęście krótkotrwała, to przyniosła opłakane skutki. Jej „produktem” były masowo zakładane PGR-y, które w założeniu miały dysponować urzędowo rozdzielonymi ciągnikami i maszynami rolniczymi. Ratunkiem dla indywidualnych gospodarstw pozbawionych nowoczesnego sprzętu rolniczego były w późniejszym czasie Spółdzielnie Kółek Rolniczych, które posiadając państwowy sprzęt, świadczyły usługi rolnikom indywidualnym.

Sprzęt w prywatnych rękach – czasy Gierka

Trzeba jasno powiedzieć, że do lat 70. XX w. kupno nowoczesnego sprzętu rolniczego przez rolnika indywidualnego było mrzonką. Stan rzeczy zmieniła rządowa decyzja mówiąca, że zużyty w PGR i SKR sprzęt mógł być odkupiony przez rolników indywidualnych. Oczywiście, definicja „zużycia” była bardzo płynna i nieraz bywało, że sprzęt dość szybko trafiał w prywatne ręce.

Znacząco mechanizacja polskiej wsi zmieniała się w czasach Edwarda Gierka. Mało kto dziś pamięta (i wierzy w to), ale przynajmniej kilka pierwszych lat rządów gierkowskich oznaczało dla mechanizacji wsi okres niespotykanej do tej pory prosperity.

Zakłady Ursus były potęgą produkującą dziesiątki tysięcy ciągników rocznie na eksport i na rynek krajowy. Kupno ciągnika przestało być problemem, bo wystarczył tylko kwit o zapotrzebowaniu na ciągnik, wystawiony przez urząd gminy oraz trochę gotówki. Także kombajny z Płocka, choć za ówczesne miliony złotych, sprzedawały się od ręki.

Gospodarstwa indywidualne zapełniły się sprzętem, a mechanizacja rolnictwa rozwijała się. Choć niektórzy twierdzą, że licencje zakupione przez Gierka w latach 70. mocno nam się odbiły czkawką w następnych latach, to trzeba przyznać, że przynajmniej część z nich była trafiona. Bo to właśnie dzięki licencjom poznaliśmy m.in.: papierowe filtry powietrza (Fiat, Polonez, Bizon), alternatory (Kwidzyn) czy wysokiej jakości pasy klinowe (Sanok).

Nie zawsze było różowo, a z piasku bicza nie ukręcisz

W kryzysowych latach 80. mocno dostało się też rolniczej mechanizacji.

Przysłowie „z piasku bicza nie ukręcisz” jest przykładem tego, co działo się z jakością maszyn rolniczych. Montowane niemal na siłę, wypychane z fabryki (bo liczyły się ilość i plany produkcyjne) psuły się już na sam widok pola. Pisaliśmy o tym na naszych łamach, nieraz prosząc o pilną interwencję właściwych organów.

W kwietniu 1985 r. pisaliśmy, że Ursus wystąpił z propozycją przejęcia ponad 100 Państwowych Ośrodków Maszynowych w celu utworzenia w nich fabrycznych salonów sprzedaży ciągników niemal na wzór zachodni. Ich celem było także właściwe przygotowanie ciągników do sprzedaży przez dokładne wykonywanie przeglądów przedsprzedażnych nowych ciągników. Sam Ursus nie krył, że ciągniki opuszczające fabrykę często wymagały naprawy przed pierwszym użyciem.

Nie inaczej było z jakością maszyn wysyłanych na eksport, choć tam, gdzie liczyły się dewizy, miało być z jakością podobno lepiej. W lipcu 1990 r. pisaliśmy, że Związek Duńskich Farmerów przeprowadza kontrolę jakości maszyn rolniczych. Opublikowany wówczas raport Duńczyków dotyczył 36 egzemplarzy Ursusa sprzedanych na tamtejszym rynku. W 47 proc. polskich ciągników wykryto nieszczelności w łączeniach zespołów, a w 31 proc. złą pracę wtryskiwaczy i układu paliwowego. W tych dwóch grupach usterek Ursus zajął niechlubne pierwsze miejsce.

Mimo tak poważnych niedociągnięć w tym samym wydaniu z 1990 r. możemy przeczytać, że ZM Ursus zapowiedziały wprowadzenie systemu dealerskiego. Przedstawiciele fabryki uważali, że takie punkty dealerskie powinny być w każdej gminie.

W kolejnych dekadach mechanizacja rolnictwa nabrała rozpędu, a jej kamieniem milowym w Polsce był niewątpliwie system dopłat do nowego sprzętu rolniczego, który zapoczątkował wymianę parku maszynowego. Czasem w naszej redakcji zastanawiamy się, o jakiej technice rolniczej będziemy pisać za 10, 20 czy 30 lat? Gdzie, przy takim tempie rozwoju technologii mechanizacji rolnictwa, zajdziemy już niedługo, skoro jeszcze kilka lat temu ciągnik na prąd, a już na pewno jeżdżący bez traktorzysty był fantazją. Dziś już nie jest.                  ▪