Czy pamiętasz drogi czytelniku Citroëna C, Packarda Single Six labo CWS T1? A może Forda model T? Nie sądzę, musiałbyś liczyć sobie niemal sto lat. A to właśnie w tych czasach, gdy ostatnim krzykiem mody były nadwozia torpedo i silniki z desmo (rozrząd desmodromiczny), narodziła się idea ciągnika dla każdego rolnika, tego który mógł być dostępny dla wszystkich i miał zmechanizować rolnictwo tak jak Ford model T zmotoryzował ludzkość, a przynajmniej wyznaczył kierunek i sposób jak tego dokonać.

 Nie bez powodu do tablicy wywołałem Forda model T. Oczywiście, nie zapominam o przeszło wieku dominacji ciągników parowych zwłaszcza tych autorstwa panów Cyrusa McCormicka i Jeromena Increase'a Case'a, czy przełomowym dokonaniu pana Johna Froelicha autora pierwszego ciągnika z silnikiem spalinowym, podobnie jak nikt nigdy nie zapomni dokonań Carla Benza. Jednakże nie byłoby nowoczesnej motoryzacji i zmotoryzowanych ludzi gdyby nie Henry Ford i jego model T. 

Efekt Forda

 Choć przed samym modelem T, był jeszcze N, F, C, B, A oraz Quadricycle, to właśnie model T zrewolucjonizował podejście do samochodu. Nie tylko za sprawą masowej produkcji, możliwej dzięki wynalezieniu przez Williama Klanna linii produkcyjnej, ale przede wszystkim dzięki podejściu Henrego Forda do swojej pracy. On sam zwykł mawiać, że interes, który przynosi jedynie zysk, to marny interes.

I tak zgodnie ze sformułowanym przez siebie założeniem „Zaoferuj najlepszą jakość produktu, za jak najlepszą cenę, płacąc najwyższe możliwe pensje”, cena modelu T stopniowo topniała z 825$ w 1909r. do około 250$ w 1925r. Co można by przeliczyć jako dzisiejsze 22000$ czyli 88000zł na początku produkcji i 3400 $ czyli 13600 zł pod koniec produkcji (przy kursie 4 zł za 1 USD). Wielu ucieszyłoby, gdyby i dziś producenci mieli podobne dewizy.

 Automobilem w pole

 Ale dlaczego tyle o tym Fordzie? Jaki to ma związek z ciągnikiem rolniczym. Przecież samochodem, pola nie zaorzesz. No nie do końca, bowiem Forda T można było przerobić na ciągnik, a raczej ciągówkę.

Za jedyne 155$ (dziś byłoby to około 9760 zł), można było nabyć specjalny zestaw, który zamieniał dowolną wersję modelu T w praktycznego pomocnika każdego farmera, zastępując cztery konie. Ale to była jedynie przymiarka przed wdrożeniem do produkcji prawdziwego odpowiednika modelu T, w świecie ciągników rolniczych.

Ojciec i syn

Pierwszy prawdziwy ciągnik, ten, który zrewolucjonizował światowe rolnictwo powstał w roku 1916. Zrujnowana przez działania Wielkiej Wojny, Europa desperacko potrzebowała żywności oraz efektywniejszych sposobów jej wytwarzania, zwłaszcza, że stary kontynent czekały jeszcze dwa wyniszczające lata krwawego konfliktu. Dlatego nie dziwi fakt, że Fordsony znalazły się na liście artykułów pierwszej potrzeby, tuż obok broni i amunicji płynących w transportach z portów w USA do Wielkiej Brytanii.

 Prościej się nie da

Fordson był niezwykle prostą maszyną. I pisząc prostą mam na myśli rozwiązania znacznie prostsze od tych jakie znamy z naszych Ursusów … C-325! Pompa paliwa, pompa wody, prądnica – to elementy jakich w Fordsonie po prostu nie było.

Zbiornik był umieszczony nad silnikiem, więc opad paliwa odbywał się grawitacyjnie. Układ chłodzenia bazował na obiegu termosyfonowym tj. zjawisku polegającym na unoszeniu się nagrzanej cieczy do góry (do chłodnicy), po przepłynięciu przez chłodnicę, woda wracała (od dołu) do bloku silnika – dokładnie tak jak ma to miejsce w instalacjach do ogrzewania wody za pomocą kolektorów słonecznych. W Fordsonie rolę słońca pełni silnik.

 Układ elektryczny - również był uproszczony do maksimum. Na kole zamachowym umieszczono niskonapięciowy iskrownik typu magneto z mechanicznym przełącznikiem (podobne znajdziemy dziś chociażby w kosach spalinowych), który zasila Cewkę Ruhmkroffa (dwie cewki na wspólnym rdzeniu ze stycznikiem - połączenie transformatora i iskrownika konstrukcji Bella ). Podobnie jak w Fordzie T, zapłon był nastawiany ręcznie za pomocą dźwigienki.

 Benzynowy, na alkohol? Na wszystko...

 Choć może się wydawać, że silnik wysokoprężny do kwintesencja prostoty, w istocie jest on znacznie bardziej skomplikowany niż silnik o zapłonie iskrowym. Nie widzimy tego porównując motor chociażby z Ursusa C-360 do silnika w samochodzie Polonez, zwłaszcza z elektronicznym układem wtryskowym.

Słowo klucz to regulator - urządzenie które umożliwiło rozpowszechnienie się silników o zapłonie samoczynnym w czasach Fordsona - wciąż wymagało wynalezienia i udoskonalenia.

Zatem wszystkie wczesne ciągniki w tym Fordson, były napędzane silnikami o zapłonie iskrowym. Jednakże owych jednostek nie można nazwać benzyniakami, bowiem Fordson mógł pracować na wszystkim, zazwyczaj pracował na nafcie.

Nafta jest paliwem o bardzo małej odporności na spalanie stukowe, ma zaledwie 15-20 oktanów, ale zarówno wtedy, jak i dziś, była najtańszym dostępnym paliwem.

Oczywiście, żaden z obecnie produkowanych silników nie dałby rady nawet "zakręcić" na nafcie. Ówczesny spręż był jednak bardzo niski (poniżej 6) i nie stanowiło to żadnego problemu.

Wspominając, że Fordson pojechał na wszystkim, czyli także na alkoholu, wcale nie miałem na myśli spirytusu - o nie. Niewysilony silnik Fordsona zadowalał się 40-proc. whiskey, co wedle niektórych poszukiwaczy sensacji czyni go „silnikiem na wodę”.

Co do samego silnika, konstrukcyjnie podobnego do tego z Forda T. Cztery cylindry, 2900 cm3 pojemności co razem dawało 20 KM mocy przy około 1600 obr/min.

Śmiesznie mało? Cóż, może i tak, ale jeżeli dołożymy do tego 120 Nm uzyskiwanych przy 900 obr/min, można by śmiało postawić ten motor jako wzór elastyczności.

Prędkość jazdy Fordsona zawierała się w przedziale od 3.6 km/h do 10 km/h. A co z ekonomią? Cóż, zapiski farmerów z tamtych lat wskazują....

Druga część artykułu