Pozyskiwanie drewna i pielęgnacja drzewostanu to niezwykle ciężka i niebezpieczna praca. W Polsce na zlecenie organu zarządzającego, jakim są Lasy Państwowe, zajmują się nią ZUL-e, czyli Zakłady Usług Leśnych. To większe i mniejsze firmy wyspecjalizowane w szeroko pojętej pielęgnacji lasu.

W większości przypadków ZUL-e składają się z kilku, kilkunastu pracowników, a często są to firmy rodzinne. Lasy Państwowe reprezentowane przez terenowe nadleśnictwa, ogłaszając przetarg na zagospodarowanie obszaru leśnego, wyznaczają ZUL-om niezmiernie wysokie kryteria zarówno sprzętowe, jak i ludzkie. Dlatego mniejsze firmy zrzeszają się po kilka i dopiero jako konsorcjum spełniające wymagania przetargowe Lasów przystępują do samego przetargu. 

Jestem tu dlatego, że to lubię

Żeby zrozumieć, na czym polega praca ZUL-a, co ciągnie ludzi do lasu niezależnie od pogody czy pory roku i czy to tylko praca, spotkaliśmy się w środku lasu z Piotrem Szadkowskim, ZUL-em i twórcą kanału „Okiem ZULa”. W zimowy dzień już z daleka słychać było warkot ciągnika mocno przytłumiony leżącym wszędzie świeżym śniegiem, a wokół unosił się zapach mokrego drzewa. – Czujesz to? Jestem tu dlatego, że to lubię – uprzedzając pytanie, mówił przy powitaniu Szadkowski. 

Pracujący wspólnie ze swoim ojcem Piotr opowiada o tym, jak to jest być
ZUL-em. Mówi o pracy w lesie jak o pasji, której się oddaje od 12 lat. Opowiada, jak studiowaną przez niego logistykę przeniósł dosłownie do lasu w formie zarządzania parkiem maszyn, ścinką drzew, ich transportem i magazynowaniem w miejscach docelowych. 

Maszyna leśna to milionowe koszty

Nas interesowały oczywiście maszyny, więc zapytaliśmy, jakie są używane w lesie. – Jakie są czy jakie być powinny? – śmieje się Szadkowski i od razu tłumaczy, że typowa maszyna leśna to harwester i forwarder, ciężki sprzęt przystosowany konstrukcyjnie do pracy w warunkach leśnych. – Taka maszyna to milionowe koszty, na które nie wszystkie firmy mogą sobie pozwolić, dlatego my ZUL-e łączymy się w konsorcja po kilka firm.

Aby przystąpić do przetargu, konsorcjum musi posiadać wymagany park maszynowy. W konsorcjum, dla którego pracuje Szadkowski, są to harwestery marki John Deere, kilka specjalistycznych forwarderów (ciągników do zrywki drewna) i ciągniki typowo rolnicze współpracujące z przyczepami samozaładowczymi. W odwodzie jest także Ursus C-360, ale używany rzadko, najczęściej w przypadku, gdy mocniejszy ciągnik ulegnie awarii.

Harwester John Deere 970 D Eco III w czasie pracy fot.Piotr Szadkowski
Harwester John Deere 970 D Eco III w czasie pracy fot.Piotr Szadkowski

Las nie jest naturalnym środowiskiem pracy dla ciągnika typowo rolniczego i to najczęściej z budżetowej półki cenowej, a takie praktycznie wyłącznie spotkamy w lasach. Popsuć się może wszystko. Jak się samo nie urwie, to odpadnie szturchnięte gałęzią czy wystającym konarem. 

Tłumik zgubiłem już ze trzy razy

Szadkowski tłumik zgubił kilkukrotnie. – Po zakupie Belarusa 952 od razu zdjąłem przednie błotniki. Inne zdarzenia to powybijane i pourywane lampy i lusterka, potłuczone szyby, urwana butla powietrza, przewody elektryczne i hamulcowe, koła, skrzywione drążki kierownicze, wyrwane elementy tylnego zaczepu, a nawet tylne błotniki – wymienia, wskazując na swój ciągnik.

Zapytaliśmy, jak dostosować ciśnienie w oponie radialnej do warunków panujących w lesie. – Nie da się, chyba że ostrym pieńkiem – uśmiecha się Szadkowski z przekąsem, wskazując głębokie ślady cięć na oponach. Mówi, że wyjeżdżając rano do lasu, nigdy nie wie, ile będzie kosztował go dzień w kategorii „co się urwie lub zepsuje”. Teoretycznie w lesie powinny być stosowane specjalnie konstrukcyjnie wzmocnione opony leśne, ale są bardzo drogie i nigdy nie ma gwarancji, że i one się nie przebiją. 

Czym i w czym do lasu?

Sprzęt, jaki obecnie użytkuje Piotr Szadkowski, to Belarus 952 z 16-tonową przyczepą samozaładowczą, Belarus 820 z 9-tonową przyczepą, Ursus 914 z wciągarką i płytą, w zapasie jest także C-360. Z konieczności ZUL-e często wprowadzają modernizacje w ciągnikach rolniczych pracujących w lesie: zabudowy leśne, orurowania, osiatkowania, zabudowy spodu ciągnika, płyty ochronne. Głównie dla bezpieczeństwa maszyny, ale przede wszystkim
człowieka.

Czasem trzeba też przystosować ciągnik do własnych wymagań. Piotr Szadkowski pokazuje wygodny fotel na obrotnicy ułatwiający nie tylko wsiadanie, ale przede wszystkim pracę z joystickami sterującymi przyczepą samozaładowczą oraz przedłużenie kabiny dla jego własnej wygody i ergonomii pracy. 

Bezpieczeństwo jest najważniejsze 

Statystyki są przerażające: w 2019 r. w Polsce było ponad 30 wypadków śmiertelnych wśród pilarzy i to mimo rygorystycznego przestrzegania norm BHP. Każdy pilarz musi mieć odpowiedni sprzęt ochronny nie tylko dlatego, że tak ma w kontrakcie, ale dlatego że to naprawdę niebezpieczna praca. 

Choć inwestycja w środki ochrony osobistej to poważne koszty, nikt na tym nie oszczędza. Nawet ubranie to specjalne przeciwprzecięciowe spodnie różnych klas bezpieczeństwa (ich koszt waha się w granicach 500-1500 zł), specjalne buty, także różnych klas (500-1200 zł), kurtka, certyfikowany kask i nauszniki chroniące słuch, rękawice – to wszystko we wściekle odblaskowych kolorach wg instrukcji BHP. Zimą często dochodzi także termoaktywna bielizna. 

Co robi zul?

Piotr Szadkowski w swoich filmach na kanale YouTube stara się wyjaśnić, że ZUL nie tylko przecina, rżnie i piłuje. Tłumaczy, że skończyły się już czasy, gdy drewno w lesie przygotowuje się na zapas. Teraz to nadleśnictwo i leśniczy planują wycinki, gdy jest zapotrzebowanie i zamówienie. Poza tym ZUL zajmuje się nasadzeniem nowych sadzonek, koszeniem i pielęgnacją (3-5 lat po posadzeniu), czyszczeniem i przerzedzeniem, na wskazanie leśniczego usuwa chore i martwe drzewa. W sumie wykonuje całą fizyczną pracę, jaka odbywa się w lesie. Jak tłumaczy, żeby za 80 lat ściąć drzewo, trzeba je przez te 80 lat pielęgnować.