Targi National Ploughing Championships odbywają się w tym roku miejscowości Ratheniska w hrabstwie Laois w środkowej Irlandii. Impreza jest organizowana rokrocznie, ale jej lokalizacja bywa zmienna.

Na targach byliśmy niespełna dwa dni. Co nas zaskoczyło? Przede wszystkim skala tej imprezy. Bierze w niej bowiem udział ponad 1700 wystawców, w tym jak się dowiedzieliśmy, ok. 700 z nich jest stricte związanych z rolnictwem.

Liczby tym bardziej robią wrażenie jeśli weźmiemy pod uwagę, ze ten wyspiarski kraj liczy nieco ponad 5 mln mieszkańców, z czego ponad 1,5 mln mieszka w samym Dublinie. To pokazuje, jak mocne jest rolnictwo w tym kraju i cała branża rolna.

Organizatorzy szacują, że przez trzy dni imprezy odwiedzi ją (wzorem poprzednich edycji) ok. 300 tys. osób (ostatnie podsumowania mówią o ponad 240 tys.). Jest to możliwe, bo już pierwszego dnia statystyki opiewały na 95 tys. zwiedzających. Dla porównania, nasze Agro Show gromadziło maksymalnie ok. 800 wystawców i ponad 120 tys. zwiedzających. A jesteśmy przecież rolniczym, 38-milionowym krajem. Teoretycznie mamy 1,5 mln rolników. W Irlandii związanych z branżą rolno-spożywczą jest ok. 300 tys. osób. To w sumie bardzo dużo jak na tak niewielki kraj. Rolnictwo jest tutaj jedną z najważniejszych sektorów produkcyjnych. Statystycznie wychodzi więc na to, że każda osoba związana z branżą odwiedza targi NPC, choć oczywiście do końca tak nie jest, bo dużo gości jest spoza granic Irlandii, jak również wiele osób obecnych na targach nie jest związanych z rolnictwem.

Oferta rolnicza na targach jest bardzo duża, ale widać tutaj ukierunkowanie na chów bydła, co nie dziwi, bo ok. 90 proc. gospodarstw irlandzkich jest związanych z hodowlą – głównie krów mlecznych, bydła mięsnego oraz owiec. Hodowcy z pewnością odnajdą tutaj dla siebie wszystko, a nawet jeszcze więcej... bo co roku pojawiają się nowe i innowacyjne produkty, przy czym znowu zaskakuje to, jak dużo pod tym względem oferują rodzimi producenci – zarówno ci duzi znani także u nas, jak i bardzo małe, rodzinne firmy, lub kilkuosobowe "firemki" pokazujące się tutaj jako tzw. start-upy.

Dobrym tego przykładem jest Arena Innowacji. To konkurs do którego zgłaszają się irlandzkie firmy. W tym zgłosiło się ich ok. 60.

Znacznie mniej asortymentu dotyczy typowych maszyn rolniczych: ciągników, kombajnów, maszyn uprawowych. Dużo jest za to wozów asenizacyjnych, rozrzutników obornika, specjalistycznych przyczep, wozów paszowych i masę innego, różnego rodzaju sprzętu i osprzętów niezbędnych w gospodarstwach - w szczególności hodowlanych.

Pozostała część targów to już różności – od akcesoriów ogrodniczych, przez ofertę aut, koparek, quadów i ubezpieczeń oraz banków po projekty budynków inwentarskich i gotowe konstrukcje domów. Oprócz tego wiele punktów gastronomicznych, gdzie królują burgery i „fish and chips”, ale można też spotkać jedzenie azjatyckie i nawet kebaba. W wszystko to w stylowych „foodtruckach” i cenach niewiele wyższych niż te, które widzimy na tego typu wydarzeniach w Polsce. Dużo jest też różnej maści wydarzeń: konkursów, zabaw, zawodów, które wyraźnie przyciągają zwiedzających – całe rodziny.

Oprócz stanowisk z nowoczesnym sprzętem, nie lada atrakcją (nie tylko dla nas) była arena sprzętu zabytkowego. Miłośnicy zabytków zgromadzili tam dziesiątki różnej maści ciągników, silników stacjonarnych i innych mniejszych i większych urządzeń. Wśród traktorów dało się zauważyć, że królowały lokalne marki (w tym już niektóre nieistniejące), takie jak: David Brown, Ford czy Massey Harris. Były też aranżacje starych domów, pokazy tradycyjnego wyrobu sera czy kowalstwa.

Co warto podkreślić, to znakomita organizacja imprezy, w tym parkingów i dróg dojazdowych. Wszędzie wyraźna była pomoc Gardy, czyli irlandzkiej policji. Trudno jednak – nawet najlepiej kierując ruchem – przy ok. 100 tys. osób docierających przez dzień na imprezę zorganizowaną gdzieś na głębokiej wsi, żeby nie było korków dojazdowych. A drogi lokalne są szerokie… na półtora auta, a w dodatku „często i gęsto” tuż obok stoją kamienne murki lub żywopłoty. Tu niestety trzeba uzbroić się w cierpliwość. A tej wydaje się, że Irlandczycy mają aż nadto. Naprawdę byliśmy pod wrażeniem i pełni podziwu dla ich spokoju i uprzejmości. Tego na pewno powinniśmy się od nich uczyć.

Wejście na targi jest płatne. Standardowy bilet kosztuje 25 euro. W sprzedaży internetowej, dla grup i uczniów są odpowiednio naliczane rabaty. Tak czy siak porównując do naszych imprez krajowych – tanio nie jest. Mimo tego, jak już wspomniałem, zwiedzających nie brakuje. Farmerzy przyjeżdżają całymi rodzinami. Każdy tu może znaleźć coś dla siebie. Można przyjechać wyłącznie w celach biznesowych, a można też połączyć interesy z rozrywką – w dowolnie pasującej proporcji.

Irlandzkie targi odwiedziliśmy na zaproszenie Entrerprise Ireland – organizacji, która jest irlandzką agendą rządową mającą swoje przedstawicielstwa w 40 krajach, w tym w Polsce. Zadaniem IE poza granicami rodzimego kraju jest m.in. pomoc w nawiązywaniu kontaktów biznesowych i współpracy z firmami i instytucjami irlandzkich firm w danym kraju.