Gospodarstwo Delta-Agro w Miłoradzu k. Malborka powstało w 1994 r. w wyniku dzierżawy, a następnie odkupu gruntów rolnych po byłym PGR, które niegdyś wchodziło w skład kombinatu rolnego Nogat. Pierwszym właścicielem gospodarstwa był Józef Tymiec, który prowadził je przez 18 lat.

– Na przestrzeni tych 18 lat tata dokonał tutaj dużych zmian i wprowadził spory postęp – mówi Radosła Tymiec, który przejął gospodarstwo w 2012 r. po śmierci ojca. Na dowód swoich słów pokazuje zdjęcia placu i budynków z początku lat 90. – Cały majątek wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy, a dom był właściwie kompletną ruiną – dodaje.

 Zadbane nie tylko budynki gospodarstwa

Dzisiaj siedziba gospodarstwa, w której znajduje się baza produkcji roślinnej – garaże, magazyny, suszarnia ziarna, pomieszczenia socjalne i dom – wygląda po prostu wzorcowo. Choć właściwie wszystkie budynki i budowle są „z poprzedniej epoki”, to są wyremontowane i zmodernizowane. Zapewniają dach właściwie wszystkim maszynom, a większe magazyny są zapleczem do przechowywania słomy. Wszędzie panuje ład i porządek, a przysłowiową wisienką na torcie jest, jak określa to właściciel, „zaczynek parku” i pięknie odnowiony dom, a w zasadzie XIX-wieczny dworek.

Gospodarstwo ma powierzchnię ok. 1000 ha, z czego tylko 60 ha stanowią dzierżawy. Pozostała część jest własnością. Wśród upraw dominuje pszenica, która zajmuje 400-410 ha, rzepak, którego zawsze jest ok. 220-230 ha, oraz kukurydza na ziarno i kiszonkę – 120-130 ha. W płodozmianie zawsze też znajduje się burak cukrowy (ok. 70 ha), a pozostałą część zajmują użytki zielone: trawa, koniczyna, lucerna – 100-120 ha.

- Jeśli chodzi o pracowników to mamy 25-osobową załogę od 3-4 lat, myślę doceniamy trud ciężkiej pracy w gospodarstwie. Myślę też że pracownicy mają godne wynagrodzenie, ale też mamy spore wymagania i jest też spora dyscyplina. Wymagamy przede wszystkim ładu i porządku, oczywiście nie da się wszystkiego utrzymać idealnie – zwłaszcza w produkcji zwierzęcej, ale staramy się zrobić to jak najlepiej. Wydaje mi się, że dobrze o nas świadczy to, że raczej nikt z pracy nie odchodzi – zaznacza Radosław Tymiec.

 Kapitał w najlepszych krowach

Jak podkreśla Radosław Tymiec, cała produkcja roślinna jest prowadzona pod chów bydła mlecznego. Ferma znajduje się w odległości 2 km od głównej siedziby gospodarstwa – w Mątowach Wielkich. Budynki inwentarskie to również obiekty jeszcze „popegeerowskie” typu UO-500, ale zmodernizowane.

Jak zaznaczają gospodarze, nie są to budynki idealne, choćby ze względu na wąskie korytarze gnojowe i konieczność usuwania obornika 2 razy dziennie małą ładowarką. Inna rzecz to niskie wjazdy, przez co używany jest nieduży wóz paszowy, z którego karma jest zadawana aż 11 razy dziennie. Większy pojazd mógłby przyspieszyć żywienie i zredukować ilość pracy.

Stado krów liczy nieco ponad 400 sztuk, drugie tyle stanowi młody przychówek. Krowy to główne źródło przychodów gospodarstwa. Pod względem wydajności mlecznej ferma klasyfikuje Deltę-Agro na drugim miejscu w woj. pomorskim (dla obór powyżej 300 szt. bydła).

– Nie mamy wydajności mocno wyśrubowanej, ale przyjęliśmy założenie, że nie chodzi o rekordy, ale o to, żeby utrzymać te krowy w dobrym stanie przez dłuższy czas. Wolimy więc iść do przodu mniejszymi krokami, choć uważam, że wyniki, które osiągamy, też nie są złe – zauważa Radosław Tymiec.

Roczna sprzedaż mleka jest na poziomie 3,5 mln l. Dziennie pozyskuje się tutaj około 10,5 tys. l mleka, a przeliczając na sztuki dojne – ok. 30-31 l. Krowy to niemal stuprocentowe „HF-y”. Nad stadem czuwają młodzi zootechnicy.

Koszt wyprodukowania 1 l mleka jest w gospodarstwie szacowany na ok. 1,10-1,15 zł.

 

– Z pewnością sukcesy w hodowli bydła zawdzięczamy zgranemu zespołowi pracowników, ale także najnowszym osiągnięciom genetyki, które zapewniają wysoką jakość hodowli. Wybieramy ze stada najlepsze jałówki, którym badamy kod DNA, i jeszcze wśród nich wybieramy najlepsze z najlepszych. Następnie od tych jałówek (dawczynie) pobieramy w procesie tzw. embriotransferu zarodki, które wszczepiamy w jałówki biorczynie. Tym samym te gorsze genetycznie jałówki, jakimi są biorczynie, urodzą cielęta po najlepszych genetycznie matkach – wyjaśnia pan Radosław.

Jak zapewniają włodarze, aktualna cena mleka jest na satysfakcjonującym poziomie, ale jeszcze ważniejsza jest stabilność w tym zakresie.

– Jak cena idzie do góry na 1,60 lub 1,80 zł, to jest przyczynek do tego, żeby zaraz spadła. Dlatego nawet wolimy, jeśli trzyma się na takim poziomie, jak teraz, czyli ok. 1,50 zł, ale żeby się utrzymywała. To pokrywa nasze koszty i zarabiamy na mleku. A były już takie sytuacje, np. półtora roku temu, kiedy cena ze 1,80 zł spadła do 90 gr, co w ogóle było poniżej jakichkolwiek kosztów, ale trzeba było to jakoś przetrwać – mówi właściciel gospodarstwa.

Mimo wzorowo prowadzonej hodowli i świetnych rezultatów w produkcji mleka gospodarstwo nie nastawia się na zwiększanie liczby krów. To ze względu na równowagę między produkcją roślinną a zwierzęcą. Zarządzający gospodarstwem myślą tutaj bardzo pragmatycznie i dokładnie kalkulują. Chodzi nie tylko o proporcje surowców na pasze dla zwierząt, lecz także o zabezpieczenie finansowe dla funkcjonowania gospodarstwa, które zatrudnia w sumie 25 osób, w przypadku drastycznych spadków cen mleka.

"Hodowla bydła gwarantuje nam stały miesięczny dochód z wyprodukowanego mleka. To zapewnia nie tylko przychód, ale przede wszystkim możliwości operacyjne. Ile uzyskamy z tego, co jest na polach, wiemy raz do roku, po żniwach, kiedy wszystko zważymy i określimy mniej więcej, po jakiej cenie to sprzedamy".

 Maszyny i nowe technologie

Duża powierzchnia użytków rolnych oraz dbałość o wysokość i jakość plonów wymagają zastosowania wydajnych maszyn i nowoczesnych technologii.

– W gospodarstwie korzystamy głównie ze sprzętu marki John Deere. Mamy 9 ciągników tej marki, w tym 3 o dużej mocy 7230R, 8310R oraz 8320R, kombajn S790i z 10,5-metrowym zespołem żniwnym oraz sieczkarnię samojezdną 8200 – mówi Radosław Tymiec.

Jedną z ważniejszych inwestycji, wprowadzającą precyzyjne sterowanie zabiegami ochrony roślin, był zakup w 2015 r. opryskiwacza samojezdnego R4040i. Ta maszyna zastąpiła dotychczasowe dwie: samojezdnego Matrota i zaczepianego, wysłużonego Krukowiaka. Opryskiwacz z 36-metrową belką polową w pełni wystarcza na potrzeby gospodarstwa.

– Musimy szczerze przyznać, że nie byliśmy na początku przekonani do zakupu opryskiwacza John Deere’a, ponieważ był to pierwszy taki opryskiwacz w okolicy. Z perspektywy czasu nie możemy powiedzieć o nim złego słowa. Oszczędność czasu i pracy jest duża – mówi Bartłomiej Grabarczyk, który wspólnie z Radosławem Tymcem zarządza gospodarstwem.

W 2018 r. kluczowym nabytkiem dla parku maszynowego był zakup wspomnianego kombajnu John Deere S790i. Ten największy okręt żniwny z jelonkiem w logo również zastąpił dwie maszyny, w tym przypadku tej samej marki, ale mniejsze: 2264 i T670.

– Dla niektórych osób, które z nami rozmawiały, zakup największego kombajnu John Deere’a wydawał się bezsensowny. Ten kombajn skosił u nas niespełna 700 ha zbóż, co jest małą ilością, patrząc na jego możliwości, jednak dla nas ważna jest mobilność, logistyka i bezpieczeństwo żniw – zauważa Grabarczyk.

Co ciekawe, mimo ogólnej dużej powierzchni gospodarstwa, poszczególne działki są niewielkie – mają przeciętnie po 6-8 ha. To, oczywiście, zmniejsza wydajność pracy, ale praca „S-ką” jest bezproblemowa. Według operatora kombajnu maszyna jest zwrotniejsza od serii T, a szeroki heder pozwala na szybsze uporanie się z pracą na uwrociach i przy rowach. Ponadto pola pogrupowane są strategicznie w kompleksy danej uprawy, tak żeby zaoszczędzić na przejazdach i nie odczepiać hedera. Pracę ułatwia także to, że wszystkie pola znajdują się wokół siedziby gospodarstwa, w obrębie 5 km.

Pierwszy sezon pracy maszyną budził obawy co do jego obsługi i optymalizacji nastawów. Były one jednak niepotrzebne. Jak mówi właściciel gospodarstwa, na medal spisał się tutaj serwis firmy Agrosieć, która jest dealerem marki John Deere na tym terenie i z którym gospodarstwo jest związane handlowo. Wybór „zielonych maszyn” to również pozytywne doświadczenia z szybką dostawą części i serwisem. 

– Części mamy najpóźniej „na jutro do południa” i jeszcze nam je przywiozą – przekonuje Grabarczyk.

Jeśli chodzi o wydłużoną gwarancję PowerGard, gospodarstwo nie zdecydowało się na jej wykupienie. Jak twierdzą włodarze, największe maszyny w gospodarstwie nie pracują na maksymalnych wydajnościach, awarie nie zdarzają się zbyt często i wykup dodatkowej ochrony jest zbyt kosztowny. Ewentualne usterki i koszty napraw są wkalkulowane w ryzyko użytkowania maszyny, a po za tym są one ubezpieczone w szerokim pakiecie AC.

 Przyszłość to rolnictwo precyzyjne

Jakie kolejne inwestycje planowane są w gospodarstwie?

– Przed nami jest wdrożenie systemu precyzyjnego nawożenia w oparciu o próbki gleby oraz mapę plonu – zapowiada Radosław Tymiec.

Na razie z nowocześniejszych technologii w tym zakresie, gospodarstwo wykorzystuje przede wszystkim automatyczną jazdę równoległą do siewu kukurydzy i mapowanie pól.

– Musimy przyznać, że mimo iż jesteśmy stosunkowo młodzi, to jesteśmy ostrożni jeśli chodzi o zbyt szybkie wprowadzanie wielu nowinek technicznych – zauważa Bartłomiej Grabarczyk. – Nie wszyscy operatorzy maszyn są w stanie zapoznać się ze wszystkim, a niestety nie mamy tak, że jeden operator obsługuje jedną maszynę. Więc wprowadzany wszystko bardzo stopniowo – dodaje.

Na początku nie było przekonania nawet do systemów jazdy równoległej, ale szybko okazało się że jest to bardzo użyteczne rozwiązanie.

– Z przyjemnością obserwowaliśmy, jak kombajn z hederem 10,5 m kosi pole w taki sposób, że przy ostatnim przejeździe okazuje się że maszyna pracuje pełną szerokością i nie potrzebny jest kolejny przejazd niezebranego 2-metrowego paska zboża, co przy długości 1 km pola robi sporą różnicę – zauważa Grabarczyk.

Mapowanie plonów, póki co służy wyłącznie jako informacja do analizy potencjału pola, łączona z wynikami z prób glebowych, choć np. wdrożenie rozsiewacza który będzie wykorzystywał do precyzyjnego nawożenia pozyskane dane, to tylko kwestia czasu.