Nowoczesne ciągniki nie mają właściwie żadnych problemów z uruchomieniem silnika zimą. Co prawda mrozy w ostatnich latach mamy niezbyt uciążliwe, ale elektronika, układy wtrysku i podgrzewania paliwa radzą sobie doskonale w umiarkowanym klimacie naszego kraju. Jednak nie zawsze tak było i co tu ukrywać, większość naszych ciągników jest "starej daty".

Odpalanie ciągnika zimą. Jak bywało kiedyś?

Mechanizacja polskiej wsi zaczęła się tuż po II wojnie od Ursusa C-45. Jego odpalenie to prawdziwa ceremonia i balet traktorzysty, którego płynne ruchy można zobaczyć w czasie pokazów starych ciągników. Rozruch jego silnika był tak długotrwały, że Ursus C-45 zwany "bombajem" pracował od rana do nocy bez gaszenia, choć dźwięk jego silnika kisił mleko w wymionach okolicznych krów w promieniu wiorsty.

Nowe przyszło wraz z pojawieniem się akumulatorów i rozruszników w ciągnikach. Jednak w czasie mrozów system elektrycznego rozruchu wspomagany był nierzadko kopciuchem wprost do kolektora ssącego.

Pomińmy omówienie negatywnych skutków tego rozwiązania, którego dzisiejszym odpowiednikiem jest wspomaganie zapalania plakiem zawierającym eter. Przedobrzenie w jego użyciu niejednokrotnie wystrzeliwuje głowicę silnika na metr w górę.

Świeca żarowa C-330. fot.AŁ
Świeca żarowa C-330. fot.AŁ

Świeca żarowa zawsze gotowa

Pojawienie się świec żarowych w ciągnikach było przełomem. Jednostki w nie wyposażone znamy z własnych podwórek. Pierwsze Władymirce T-25 i C-330 posiadały świece żarowe w kolektorach ssących. Przy uruchamianiu ciągnika w niskich temperaturach drogocenny prąd z akumulatorów przepływał przez spiralę grzewczą świecy, która nagrzewała powietrze w kolektorze powietrznym. W rezultacie mieliśmy gorący kolektor, wyczerpane akumulatory, a czasem nawet uruchomiony ciągnik.

Świeca T-25 stary typ. fot. AŁ
Świeca T-25 stary typ. fot. AŁ

Szybkie grzanie na żądanie

Przełomem w dziedzinie zimowego uruchamiania ciągników rolniczych było zastosowanie świec żarowych szybkiego grzania. Wymagało ono niewielkich przeróbek w konstrukcjach głowic, ale efekt był znakomity. Świeca taka umieszczona w każdej głowicy grzała bezpośrednio komorę spalania w cylindrze, co pozwalało na szybki wzrost temperatury wokół niej.

Ciągniki w końcu zaczęły zapalać (prawie) na dotyk. Takie rozwiązanie mamy w nowszych ciągnikach T-25 Władymirec i Belarusach od modeli 3.

A co z ruskami?

To jednak nie wszystkie wynalazki ułatwiające zapłon w ciągnikach. Po roku 90. do Polski z terenu NRD trafiły popularne tam rosyjskie ciągniki MTZ-50 produkowane od początku lat 60. Silnik D-50 stosowany w tym ciągniku posiadał komorę wirową w głowicy, a w niej znajdowała się świeca żarowa w kształcie spirali. Takie rozwiązanie wspomagania rozruchu silnika było bardzo skuteczne i utrzymało się w produkcji aż do lat 80.

Świeca elektropłomieniowa ciągnika MTZ-82. fot. AŁ
Świeca elektropłomieniowa ciągnika MTZ-82. fot. AŁ

Nieco inaczej rzecz się miała z ciągnikiem MTZ-82. W jego silniku D-240 komora zapłonu została przeniesiona do tłoka i “zabrakło” miejsca na świecę żarową. Sięgnięto więc po zapomniany przedwojenny patent - świecę elektropłomieniową. Świeca ta, w teorii znakomita, w praktyce zatruła życie większości użytkowników tego zacnego ciągnika, a niejeden silnik doprowadziła do remontu generalnego. Pozwólcie jednak, że temu “dziełu szatana” poświęcę osobny artykuł, bo warto.

Widoczny żarnik świecy elektropłonieniowej MTZ-82.  fot. AŁ
Widoczny żarnik świecy elektropłonieniowej MTZ-82. fot. AŁ

Grzałki do oleju...

Czy to wszystkie sposoby wspomagania rozruchu silnika zimą? No nie. Tam, gdzie konstruktorzy silnika nie zastosowali świecy żarowej, posiłkowano się grzałkami.

Zapewne spotkaliście się z grzałkami oleju umieszczonymi w misce olejowej silnika. Zasilane były z gniazdka prądu przemiennego, a ich celem było podgrzanie oleju silnika oraz niejako przy okazji jego wnętrza. O ile nie doprowadzały do pożarów, takie grzałki sprawdzały się dobrze, jednak ich wadą była potrzeba bezpośredniej bliskości gniazdka z prądem.

..i grzałki do płynu

Rozwojem tego pomysłu były grzałki płynu chłodzącego silnika. Spotykane były dwa rodzaje tego rozwiązania. Pierwszym to te grzałki, które na stałe były zainstalowane w bloku silnika. Drugim, bardziej popularnym, grzałki zewnętrzne, montowane przez użytkowników w obiegu płynu chłodzącego.

Grzałka płynu chłodniczego ciągnika MTZ-82. fot. AŁ
Grzałka płynu chłodniczego ciągnika MTZ-82. fot. AŁ

Te właśnie zewnętrzne urządzenia ogrzewające stały się popularne kilkanascie lat temu, a ich montaż nie sprawia żadnych trudności. Za pewną niedogodność można uznać fakt, że grzałki przeznaczone do C-360 podgrzewają płyn w dużym obiegu. Modele stosowane do ciągników MTZ montowane wprost do bloku są włączone w wewnętrzny obieg płynu i działają skuteczniej.

Jak i w poprzednim przypadku wadą grzałek płynu jest ograniczenie długości przewodu do najbliższego gniazdka 230V. Do zalet trzeba zaliczyć wewnętrzny termostat zawiadujący temperaturą płynu i bezpieczeństwo użytkowania przy prawidłowym uziemieniu grzałki.

Więcej szkody niż pożytku

Czy to wszystkie sposoby na ułatwienie rozruchu silnika w czasie mrozu? Oczywiście, że nie. Można wymienić jeszcze te, które, mam nadzieję, zostały zapomniane, czyli palenie ogniska pod miską olejową silnika w czasie mrozów i nalewanie gorącej wody do układu chłodzącego silnika. Oba te sposoby, nawet jeśli działały, przynosiły ciągnikowi więcej szkody niż pożytku.

Na portalu gieldarolna.pl możecie znaleźć świece żarowe i grzałki do różnych modeli ciągników.