Wydawało się, że już okres ubiegłorocznej jesieni był dla rolnictwa ewenementem. Wszyscy byli w szoku, kiedy ceny nawozów wskoczyły na rekordowo wysoki poziom. Rolnicy narzekali, organizacje branżowe podniosły głos, część z nich wyszła na ulice, a niedługo później rząd wprowadził dopłaty częściowo rekompensujące ceny nawozów. Nie trzeba było też długo czekać jak wzrosły też ceny płodów rolnych i jakoś to było.

Wydawało się, że do nowych cen: środków do produkcji rolnej, sprzętu rolniczego trzeba po prostu się przyzwyczaić i mogą one dalej rosnąć, ale nieznacząco. Sytuacja drastycznie zmieniła się po 24 lutego br. Okazało się, że ubiegłoroczne wzrosty cen – szczególnie nawozów – to jeszcze nic w porównaniu do tego, co dzieje się obecnie. Rolnicy zakończyli żniwa. Mówi się że to najbardziej gorący okres w roku. Ale w tym roku mam wrażenie, że ten najtrudniejszy okres ma miejsce właśnie teraz, kiedy rolnik po przysłowiowym zejściu z kombajnu musi pojechać po nawozy, bo siewy rzepaku już się w wielu regionach zaczęły, a do zbóż pozostał jakiś miesiąc. A tu „szok i niedowierzanie”! Polifoska po 4800 zł/t, a saletra 4300 zł/t (w ubiegłym roku pod koniec sierpnia odpowiednio ok. 2300 i 1600 zł/t).

Czy będzie nas stać na ich zakup? Patrząc na ceny pszenicy czy rzepaku w skupie, które obowiązywały jeszcze 2-3 tyg. temu i kalkulując opłacalność, nie wychodzi tak źle. „Teoretycznie na czysto powinienem na tonie pszenicy zarobić nawet nieco więcej niż ubiegłym roku, ale pozyskanie teraz takiej sumy pieniędzy na nawozy będzie dla mnie wyzwaniem. Nie uwzględniłem tego, że podwyżki mogą być aż tak duże”, usłyszałem w rozmowie od jednego z rolników.

I to właśnie w tym momencie staje się bardzo często dla rolników kluczowym problemem – potrzeba potężnych nakładów na produkcję. To sprawia, że mniejsze gospodarstwa, które dotąd obracały dziesiątkami tysięcy złotych – teraz będą musiały operować setkami tysięcy. W większe, które obracały setkami tysięcy – stają się tytułowymi „milionerami”. Nie pomaga w tym sytuacja finansowa kraju, w tym przede wszystkim wysoka inflacja i stopy procentowe, które przekładają się na drogie kredyty – w tym również obrotowe. Ceny w skupach – szczególnie rzepaku – ostatnio mocno spadły. A przecież coś trzeba sprzedać, żeby zainwestować w nowy sezon - nie każdy może pozwolić sobie na przetrzymanie całego towaru do zimy czy wiosny. Sprzedać teraz taniej, czy wziąć drogi kredyt? „Do bankructwa jeden krok”, jak to już pisał jeden z naszych redakcyjnych kolegów.

Nie spotkałem ostatnio żadnego rolnika, który w rozmowie nt. kosztów produkcji nie wspomniałby choćby o optymalizacji nawożenia. Wielu deklaruje zmniejszenie dawek do niezbędnego minimum. Usłyszałem też kilka deklaracji, że nawozów potasowych lub fosforowo-potasowych w tym roku w ogóle nie będzie kupowanych i wysiewanych pod kolejne uprawy, bo jest „przeraźliwie drogo”, a „nikt nie zagwarantuje ceny w skupie”.

Jeśli ten tok myślenia jest bardziej globalny, to może wskazywać, że w następnym roku możemy spodziewać się niższych plonów… Czy pójdą za tym podwyżki cen płodów rolnych? Chyba największy wpływ będzie miała tutaj sytuacja międzynarodowa. A ta jest w tej chwili nieprzewidywalna – dzieje się dużo, nie tylko na Ukrainie.