Pan Zygmunt od dziecka kochał traktory, ale los sprawił, że przeprowadził się do miasta i został zawodowym kierowcą. Najpierw autobusów, a następnie tirów. Jednak jak mówi stare polskie przysłowie, co się nie odwlecze to nie uciecze. Pan Zygmunt w zeszłym roku kupił starego Ursusa C-328 z 1964 roku, którego wyremontował. W przyszłym roku zamierza pokonać nim kilkaset kilometrów i to wcale nie po polu. Zabytkowym traktorem z podpiętą przyczepą kempingową zamierza zwiedzić całą Polskę. Na wywiad pan Zygmunt zgodził się kilka chwil po tym jak przygotował swojego „dziadka”, jak mówi o swoim Ursusie, na zimę.

Skąd się wzięła pana pasja?

- Pochodzę ze wsi. Jako małe dziecko bardzo pasjonowały mnie ciągniki. Mam 67 lat, więc gdy byłem młody, rolnicy nie mieli na własność ciągników. Te były wypożyczane z PGR-ów, a ja bardzo lubiłem nimi jeździć. Kiedy podrosłem zostałem kierowcą, ale najpierw autobusa, a później tira. Tak wyszło. Mieszkam w Pleszewie, ale bardziej jestem tu z konieczności. Kupiłem działkę, tutaj się pobudowałem i tak już zostało.

Jednak jak to mówią, stara miłość nie rdzewieje. Kiedy zdecydował się pan na kupno ciągnika?

- Jesienią, zeszłego roku znalazłem w końcu to cudo, Ursusa C-328. Wcześniej proponowano mi pięcioletniego Zetora, ale ja szukałem unikalnej maszyny z duszą. Taka właśnie jest ta maszyna. Starałem się ją odrestaurować, by wyglądała tak, jakby właśnie wyszła z fabryki. Żartuję, że przeszła sanatorium i odnowę, a teraz to jest u mnie na emeryturze. To taki „dziadek”. Wymieniałem w niej części wyłącznie na oryginalne. Na szczęście nie było większych problemów z ich dostępnością.

Ciągnik jest od pana o kilka lat młodszy. Pewnie wybrał pan ten model bo jeździł nim pan w młodości?

- Tak, choć proszę sobie wyobrazić, że pamiętam też starsze ciągniki, ale przyznaje, że miałem okazję wcześniej jeździć wówczas kilkuletnim C-328.

Kiedy zdecydował się pan by odremontowanym ciągnikiem wybrać się w podróż dookoła Polski?

- Wie pan jaka jest praca kierowcy tira. Wszędzie w pośpiechu. Zjeździłem całą Polskę i Europę. W samym Paryżu byłem wielokrotnie, zawsze szybko by zapakować towar i w drogę. Nie było czasu spokojnie zwiedzić Świata. Zawsze marzyłem, by wyruszyć w podróż bez pośpiechu, zatrzymać się, nacieszyć widokiem i jechać dalej. W końcu to zrealizuję.

Właśnie, jaką prędkość może rozwinąć pana zabytkowy ciągnik?

- Jeździ 20-22 km na godzinę. Nie zależy mi na pośpiechu. Do tego pali niewiele. Na 100 kilometrów spali może z 4 góra 5 litrów. Podczas podróży chcę mieć luz i całkiem spontanicznie decydować czy zatrzymam się w jednym mieście czy 30 kilometrów dalej.

To zastanawiam się, ile będzie trwała pańska podróż i jakie miasta chce pan odwiedzić?

- Planuję wyjechać w połowie maja. Trasy nie mam jakoś szczegółowo zaplanowanej. Mam oczywiście punkty, które na pewno odwiedzę, ale czas trwania tej podróży będzie uzależniony od takich czynników jak na przykład pogoda. Nie chcę się nigdzie spieszyć. Nie zamierzam zakładać sobie jakichś odcinków do pokonania. Będę się zatrzymywał tam gdzie będzie mi się podobało. Na pewno odwiedzę Sandomierz, bo bardzo podoba mi się to miasto. Podróż potrwa 3 może 4 miesiące. Szybciej Polski się nie objedzie pod warunkiem, że chce się ją przejechać na spokojnie i zwiedzić na pełnym luzie. Chciałbym skończyć na Zielonej Górze, w której będzie akurat winobranie.

Ponoć w czasie podróży zaplanował pan również postoje na grzybobranie?

- Tak! Bardzo lubię zbierać grzyby, a wie pan gdzie jest najwięcej grzybów? W okolicach Szczecina, Piły, a także Gubina. Zaraz pan spyta skąd wiem. A no stąd, że jak jeździłem tirem, to lubiłem się zatrzymywać w różnych miejscach. Często robiłem przystanki nieopodal lasu i szukałem grzybów. Na pewno podczas tej podróży też znajdzie się na to chwila.

Wyruszy pan, jak sam pan stwierdził, dziadkiem. Nie obawia się pan tego, że dziadek odmówi współpracy?

- Nie, w ogóle. Ciągnik jest w rewelacyjnym stanie, poza tym to są ciągniki, które w ogóle się nie psują. Nie będę go zresztą przepracowywał.

W tym roku już urządził pan sobie wyprawę po Wielkopolsce. Jak pan ją wspomina?

- Bardzo dobrze. Myślałem, że co rusz będą mnie zatrzymywały patrole policyjne. Będą sprawdzali ciągnik i czegoś się doszukiwali. Myliłem się, minąłem kilkanaście patroli, nikt mnie nie zatrzymał. Wręcz przeciwnie, niektórzy wymijali mnie, zawracali i jeszcze raz mijali by się przyjrzeć. Wiele osób machało i pozdrawiało. Często żartowałem, że nie wiedziałem, że mam aż tylu znajomych (śmiech).

Pewnie w czasie podróży nie jedna osoba zaproponuje panu odkupienie tego pięknego ciągnika. Jaka będzie pana odpowiedź?

- Nie, nikomu jej nie sprzedam. Mam wnuki i jestem przekonany, że jak za kilkanaście lat wybiorą się nim w podróż to on dalej będzie sprawny. Jeden z wnuków ma 10 lat więc jak wybiorą się w moim wieku to dopiero będzie on robił furorę.

Do podróży ponoć próbował pan namówić żonę, jednak bezskutecznie?

- Zgadza się, żona nie pojedzie, mówi, że ciągnik jest do pracowania w polu a nie do jeżdżenia po drogach (śmiech).

Nie wierzę, że po zrealizowaniu przyszłorocznego celu nie postawi sobie pan kolejnego?

- Jeżeli w ogóle podejmę się kolejnego wyzwania, to wybiorę się w podróż po Skandynawii, która bardzo mi się podoba. Nie chodzi tu nawet o Szwecję ile o Norwegię. Ma tyle pięknych miejsc.